Sierpień 1980 i stan wojenny: Wspomnienia ze Stoczni im. Komuny Paryskiej
Sierpień 1980 roku był jednym z bardziej znaczących momentów w moim życiu, na który wyczekiwałem z nadzieją i niepokojem. Wiedziałem, że to musi w końcu nastąpić, ale pamiętałem też słowa mojego Ojca, że „ten potwornej machiny kłamstwa i bestialstwa nic nie jest w stanie obalić”.
W tamtym czasie byłem pracownikiem Pracowni Kadłubowej Biura Projektowo-Konstrukcyjnego Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Nic nie zapowiadało nadchodzącej rewolucji.
Sierpień 1980 i stan wojenny: Początek strajku w Gdyni i Andrzej Kołodziej
Wszystko zmieniło się nagle. Pracownicy wydziałów produkcyjnych uformowali pochody i skierowali się pod bramę główną stoczni. Wyszedłem z biura i wmieszałem się w gęstniejący tłum strajkujących. Na wózku akumulatorowym stał młody chłopak i żarliwie przemawiał do zebranych. Dopiero później dowiedziałem się, że to Andrzej Kołodziej – pracownik Wydziału K3, którego przyjęto do pracy zaledwie dwa dni wcześniej.
Błyskawicznie powołano Komitet Strajkowy oraz strajkowe służby porządkowe, których głównym zadaniem było blokowanie bram wyjściowych. Z dzisiejszej perspektywy uważam, że popełniono wtedy jeden błąd – było nim „wypędzanie” ze stoczni kadry kierowniczej.
Rodzina pod bramą stoczni i trudne decyzje
Ja sam przyjąłem te wydarzenia ze spokojem, zwłaszcza że docierały do nas informacje o strajkach w Gdańsku oraz innych zakładach na terenie Gdyni. Pod bramą stoczniową szybko zaczęły gromadzić się tłumy bliskich, którzy przynosili nam jedzenie.
Wśród nich pojawiła się moja żona. Była zapłakana, w siódmym miesiącu ciąży, z naszą trzyletnią córką na ręku i siatką pełną prowiantu. Przypadek sprawił, że obok nas znalazł się Andrzej Kołodziej. Widząc tę sytuację, pozwolił mi opuścić stocznię. Przekazałem jedzenie kolegom i wróciłem z rodziną do domu.
Codzienność strajkowa i narodziny „Solidarności”
W domu wytrzymałem zaledwie dwa dni. Przez okno cały czas widziałem stocznię. Towarzysząca jej cisza była przerażająca, wręcz kłująca w uszy. Nie potrafiłem siedzieć bezczynnie. Za zgodą żony postanowiłem wrócić na teren zakładu i zaangażować się w działania komitetu.
Z biało-czerwoną opaską na ramieniu pilnowałem porządku, brałem udział w wiecach i pomagałem w stoczniowej kuchni, gdzie moim głównym zadaniem było krojenie pieczywa.
Wielkim przeżyciem dla nas wszystkich była msza święta odprawiona przez księdza prałata Hilarego Jastaka, a także koncerty artystów z Gdyni i Gdańska, którzy przyjechali nas wesprzeć. Strajk trwał, a my z zapartym tchem słuchaliśmy transmisji z negocjacji między stroną strajkową a rządową.
W tym historycznym czasie narodził się Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność” ze swoim słynnym logo. Znak zaprojektowany przez grafika Jerzego Janiszewskiego idealnie oddawał ducha tamtych dni – stykające się ze sobą litery symbolizowały ludzi maszerujących ramię w ramię i wspierających się wzajemnie. Podpisanie porozumień sierpniowych było dla nas gigantycznym sukcesem i wielkim świętem. Do dziś mam z tamtych dni niezwykłe pamiątki: koperty słynnej poczty strajkowej oraz listę z podpisami wszystkich uczestników strajku z naszej Pracowni Kadłubowej.


Sierpień 1980 i stan wojenny: 13 grudnia 1981 i brak „Teleranka”
To nie były łatwe momenty ani proste decyzje. Mam jednak głębokie poczucie, że jako jeden z tysięcy Polaków wypełniłem wtedy swój obowiązek wobec Ojczyzny, społeczeństwa i własnej rodziny. Niestety, wolność nie trwała długo.
W niedzielę, 13 grudnia 1981 roku, wprowadzono stan wojenny. Zanim zobaczyliśmy w telewizji przemówienie generała Wojciecha Jaruzelskiego, desperacko próbowałem uruchomić odbiornik, bo dzieci bardzo chciały obejrzeć niedzielny „Teleranek”. Nasza stara Unitra „Tosca” pozostała jednak niema. Niedługo później generał Jaruzelski poinformował naród o przejęciu władzy przez Wojskową Radę Ocalenia Narodowego (WRON).
Strajk okupacyjny i pacyfikacja stoczni w Gdyni
W poniedziałek rano natychmiast pojechałem do pracy. W stoczni wrzało. Po burzliwych dyskusjach zapadła decyzja: zostajemy i rozpoczynamy strajk okupacyjny.
Przechodziłem wtedy wewnętrzny dramat. Nie miałem żadnego kontaktu z żoną – na naszym nowym osiedlu na gdyńskim Obłużu nie było jeszcze telefonów. W domu czekała na mnie żona, 3,5-letnia córka i zaledwie 2,5-miesięczny syn. Około godziny 15:00 wyjrzałem przez okno na siódmym piętrze biurowca i zobaczyłem tłum ludzi, którzy decydowali się na opuszczenie stoczni. Głowa mi pękała od natłoku myśli, ale podjąłem decyzję: zostaję. Uznałem, że skoro wcześniej głośno mówiło się „ZA”, to w godzinie próby nie można uciekać.
Nocny szturm ZOMO i wojska na stocznię
O godzinie trzeciej w nocy wyrwał nas ze snu alarm. Przekazano informację, że stocznia została otoczona przez wojsko, a my musimy wyjść przed biurowiec. Dano nam trzy minuty na opuszczenie terenu. Nikt z nas się nie poruszył.
Chwilę później czołg (lub transporter opancerzony) z impetem wyłamał stoczniową bramę, taranując przy tym słup oświetleniowy, i wjechał na teren zakładu. Tuż za nim wkroczyły oddziały wojska i ZOMO. Po raz kolejny dowódcy dali nam kilka minut na rozejście się. Ponownie nikt nie wyszedł.
Wtedy zaczęła się regularna pacyfikacja. Formacje milicji zaczęły rytmicznie uderzać pałkami w tarcze, robiąc co kilka sekund krok do przodu. Ta psychologiczna i fizyczna presja powtarzała się wielokrotnie, aż krok po kroku zostaliśmy brutalnie wypchnięci przez Bramę Główną. Na szczęście tamtej nocy w naszym sektorze nikomu nic poważnego się nie stało.
W styczniu 1982 roku wezwano nas do kadr w celu podpisania tzw. „lojalki” (deklaracji lojalności wobec władz PRL). Po dopełnieniu tych formalności pozwolono mi na powrót do regularnej pracy w biurze projektowym.
Sławomir Mierzwiński, Grudzień 2025
