Niewolnicza praca i filia obozu koncentracyjnego Stutthof na terenie stoczni.
Odrębnym zagadnieniem, które chciałbym przedstawić szanownym czytelnikom jest niewolnicza praca, jaką wykonywali pracownicy różnych narodowości, zmuszeni do tej pracy w tym i w stoczni w Gdyni. Byli to przedstawiciele praktycznie wszystkich narodów Europy z krajów okupowanych przez Niemców. Dla tych robotników przymusowych zbudowano naprędce obozy w postaci prymitywnych baraków drewnianych, w których żyli i mieszkali. Jedynym ich zadaniem była praca (oczywiście niewolnicza) na rzecz przemysłu niemieckiego. Pracowali na ogół po 12 godzin na dobę. Cały czas byli nadzorowani i znajdowali się pod ścisłą kontrolą w każdym zakresie, nie wyłączając osobistej korespondencji do i od rodzin.
Pracownicy z krajów podbitych pracowali bardzo ciężko, byli traktowani jako „podludzie”. Wynagrodzenie było marne, za wszystko musieli płacić z zarobionych pieniedzy, zaś zarobki ich były dodatkowo obłożone 20 % podatkiem na recz Niemiec. Za to zyski z tej pracy zbierały firmy zatrudniające pracowników przymusowych. W uproszczeniu można powiedzieć, iż organizatorzy organizujący i nadzorujący pracowników przymusowych wynajmowali ich określonym firmom, te zaś „odwzajemniały” się opłatą za każdego pracownika na rzecz zarządcy obozu. Organizacyjnie wyglądało to tak, iż zainteresowane strony podpisywały umowy wynajmu siły roboczej, w umowach strony ustalały kwalifikacje jakie są potrzebne dla firm. Gdy nie było pracowników o dostatecznych kwalifikacjach, stawki od firm znacząco spadały. W umowach były zapisane wymagania odnośnie pilnowania takich pracowników. Za pilnowanie ich przez strażników obozu firma też musiała płacić.
Wszystko to było ujęte w formułach prawnych, jednoznacznie określonych z dokładnie określonym porządkiem i odpowiedzialnością… W tym zakresie istniał pewien porządek prawny, ściśle przestrzegany przez każdą ze stron. Wybiegając o około 50 lat do przodu trzeba podkreślić, iż na wskutek roszczeń pracowników przymusowych w stosunku do Republiki Federalnej Niemiec (RFN) z różnych krajów Europy (roszczenia tych pracowników były uznawane przez rząd RFN jako wyraz przyjęcia odpowiedzialności za wykorzystywanie niewolniczej pracy) – co było konsekwencją umów międzynarodowych normalizujących stosunki między państwami okupowanymi a rządem RFN jako prawnego spadkobiercę Niemiec hitlerowskich. Gdy roszczenia zatrudnionych niewolników przedstawiono rządowi RFN, okazało się iż obowiązujący w hitlerowskich Niemczech porządek prawny powodował, iż prawnicy wynajęci do sprawdzania zasadności roszczeń z dość dużą łatwością znajdowali potrzebne dokumenty w tym płacowe w archiwach firm, które zatrudniały niewolników, skutkiem czego należności wypłacane zainteresowanym były realizowane szybko i bez zbędnej zwłoki. Były to oczywiście kwoty nie odpowiadające wkładowi pracy, ale dzięki tym porządkom niemieckim, nie było problemu z ustaleniem czasookresu zatrudnienia osób ubiegających się o odszkodowania, gdyż po otwarciu archiwów firm ich adwokaci umieli określić b. dokładnie czas i okres zatrudnienia osób, by wynagrodzenia nie były brane z tzw. „sufitu”.
Obozów pracy dla pracowników przymusowych w Gdyni było kilka. Jednym z nich był obóz ulokowany na Grabówku przy ul. Działdowskiej.

W latach 1942 – 1943 intensywnie rozbudowywano obie stocznie, a także prowadzono na szeroką skalę prace związane z rozbudową portu w Gdyni wraz z całym szeregiem firm potrzebnych dla funkcjonowania zespołu stocznie – port.
Trzeba także zaznaczyć, że władze stoczni początkowo z chęcią zatrudniali Polaków, którzy przed wojną pracowali w gdyńskich stoczniach i owi pracownicy przynajmniej od 1941 stanowili dość znaczny odsetek stoczniowców. Sytuacja zmieniała się systematycznie, gdyż wraz ze wzrostem zakresu remontów floty Kriegsmarine i budową bloków okrętów podwodnych, zachodziła konieczność zwiększenia zatrudnienia. Władze stoczni sprowadzały stoczniowców przede wszystkim z Gdańska, zaś pracowników średniego i wyższego nadzoru sprowadzono, co już wcześniej wspomniałem, bezpośrednio z Kilonii.
Warunki pracy nie były łatwe. Polacy wykonywali najcięższe i najmniej płatne prace. Ponadto Polacy płacili wysokie podatki od wynagrodzeń, który wzrósł o kolejne 20%. Był to podatek „Polenabgabe”.
W miarę wzrostu zadań realizowanych przez niemieckie władze w stoczni, potrzeba było zwiększać odpowiednio zatrudnienie. Gdynia i tak pozbawiona była ludzi, którzy by mogli spełnić oczekiwania kwalifikacyjne potrzebne do wykonywania prac zarówno w stoczni, jak też i w porcie, czy w firmach generalnie pracujących na rzecz portu. Niemcy szczególny nacisk kładli na wzmocnienie zdolności wytwórczych samej stoczni, poczynając od jej rozbudowy już w 1941 roku. Zatem na łąkach pomiędzy Grabówkiem a Obłużem, na zachód od istniejącej od 1936 roku elektrowni węglowej „GRÓDEK” powstał obóz robotników przymusowych przywiezionych z Francji, później zaś (po kapitulacji wobec aliantów Włoch, bezpośrednio po ich zajęciu przez Niemców) do obozu tego przywiezieni zostali pracownicy właśnie z Włoch. Oni stanowili najliczniejszą grupę pracowników przymusowych w stoczni do roku 1944. Trzeba również tutaj dodać, iż obywatele Włoch stanowili personel obsługujący urządzenia stawiające zasłony dymne, których zadaniem było spowić cały port w Gdyni zasłoną dymną w czasie spodziewanych nalotów realizowanych przez aliantów.
Trzeba jeszcze wspomnieć i to, iż decyzję o stworzeniu filii KL Stutthof została podjęta po tym, gdy uznano, iż żołnierze, a w tym marynarze niemieccy z karnych kompanii pracujący w stoczni z powodu dużych strat na froncie zostaną wcieleni do oddziałów frontowych, zaś ich mają zastąpić właśnie więźniowie KL Stutthof.
W 1944 roku władze niemieckie postanowiły utrzymać zdolności produkcyjne poprzez zatrudnienie więźniów. W związku z czym postanowiono, iż część obozu, w którym mieszkali Włosi trzeba wydzielić na rzecz zbudowania filii obozu koncentracyjnego Stutthof.
Tak więc teren obozu podzielono tak, iż jego północną część zajmowali pracownicy przymusowi (najczęściej Włosi), zaś część południową zajmowali więźniowie filii KL Stutthof
Zatem na początku sierpnia 1944 roku ze Stutthofu przyjechała grupa więźniów, których zadaniem było zbudowanie filii obozu koncentracyjnego, początkowo zaplanowanego na około 1000 więźniów.
Jednym z więźniów KL Stutthof, którzy skierowani zostali w sierpniu do budowy właściwego obozu (po podzieleniu terenu, na którym przebywali m.in. włosi) był późniejszy pracownik Stoczni im. „Komuny Paryskiej” inż. Brunon Piątek. Wg jego opowieści pierwsi więźniowie zamieszkali w barakach, które sami zbudowali dla siebie mieściły się w rogu ulic dzisiejszej ul. Janka Wiśniewskiego i ul. Energetyków. Baraki te były ustawione wzdłuż ul. J. Wiśniewskiego w miejscu, gdzie obecnie mieści się niezagospodarowany (piaszczysty) plac parkingowy. Baraki te stały w kierunku wschód – zachód około 10 metrów od samej skarpy (zjazd z wiaduktów w kierunku estakady Kwiatkowskiego), po której biegnie ulica J. Wiśniewskiego.
Obszar filii obozu KL Stutthof miał kształt zbliżony do nieforemnego prostokąta i obejmował teren o długości 250 na 150 metrów. Postawiono 7 baraków drewnianych, Całość otoczono wysokim na 4 metry ogrodzeniem składającym się z drutów kolczastych. Podzielony obóz zajmowany przez pracowników z krajów podbitych dalej był nazywany „Gemeinschaftslager”, natomiast tuż za płotem – zbudowano zespół baraków z przeznaczeniem dla więźniów KL Stutthof. W Barakach umiejscowionych na placu oznaczonym jako 18 (parz szkic obozu) mieszkali robotnicy przymusowi, zaś w jednym budynku – murowanym – oznaczonym na szkicu nr 11, gdzie z jednej strony mieszkał komendant filii KL Stutthof, zaś w drugiej części tego budynku mieszkali członkowie SS i wartownicy wydelegowani przez Kriegsmarine – grupa wartownicza piechoty niemieckiej marynarki wojennej do pilnowania zarówno cudzoziemców jak i więźniów. Pracownicy – cudzoziemcy mieszkali w pozostałych barakach.
Na każdym rogu ogrodzenia KL Stutthof były ustawione wieże, na których zamocowano reflektory, które w nocy oświetlały teren obozu i ogrodzenie, by więźniowie nie uciekali z obozu. Na wieżach czuwali wartownicy z bronią maszynową, gotową do natychmiastowego użycia.
Zatem w tym miejscu funkcjonowały dwa obozy. Przejście między nimi (oznaczone na szkicu jako nr 17) pilnowali wartownicy, a pomiędzy obozami mogli poruszać się SS-mani i wartownicy, gdy zachodziła konieczność zorganizowania grup roboczych, by więźniów filii KL Stutthof w sposób uporządkowany (kolumna marszowa) zaprowadzić do codziennej pracy. Więźniowie, udając się do pracy, na ogół ciągnęli wóz, na którym przewożone m.in. i narzędzia do realizacji zadań w danym dniu.
Przy bramie wejściowej mieszczącej się po południowej stronie ogrodzenia zbudowano dwie wartownie. W dniu 16 października 1944 roku, na podstawie specjalnego rozkazu („Sonderbefehl”) komendanta KZL Stutthof (obóz macierzysty znajdujący się na Mierzei Wiślanej) wydanego dzień wcześniej (15.X.1944 r.) przetransportowano zasadniczą grupę więźniów, (około 900 osób), która miała zwiększyć ilość robotników pracujących w stoczni. Gdy więźniowie przybyli do obozu, obóz już na nich czekał.

1a. – ambulatorium tzw. „rewir”; a w nim urządzono: pokój zabiegowy dla chorych, separatkę oraz pokój mieszkalny dla lekarza i pielęgniarza;
1b. – pomieszczenia dla więźniów;
2a. – łaźnie;
2b. – biuro pracy, sekretariat, mieszkanie starszego obozu;
3, 4, 5 baraki dla więźniów;
6. – kuchnia;
7. – barak dla więźniów;
8. – brama obozowa;
9 i 10 magazyny w tym: żywnościowy, bielizny i odzieży;
11. – mieszkanie komendanta obozu; w drugiej części budynku mieszkali SS-mani i wartownicy;
12 i 13 – wartownie murowana i drewniana;
14.- plac schronów przeciwodłamkowych;
15. – świniarnia;
16. – schron dla strażników;
17. – furta łącząca teren obozu z komendanturą i wartownikami;
18.- teren obozu „Gemeinschaftslager”;
19.- Elektrownia węgłowa „Gródek” zbudowana w 1936 roku;
20. – Teren Stoczni Deutsche Werke Kiel (Stoczni Gdyńskiej);
21.- Teren Deutsche Werke Kiel w którym zbudowano po roku 1940 nowe obiekty przemysłowe;
A, B, C i D to wieże strażnicze wyposażone w reflektory i broń maszynową gotową do użycia przeciwko więźniom, którzy próbowaliby uciekać z obozu.
W północno-zachodniej części obozu znajdował się plac apelowy. Wzdłuż północnej strony na terenie obozu, od strony elektrowni „Gródek” znajdował się kopiec będący magazynem żywnościowym. Natomiast południowa strona placu stanowiła wolną przestrzeń. Mały budynek oznaczony nr 15 był świniarnią.
Sąsiedztwo obozu stanowiły: na południu (poza ogrodzeniem) plac o szerokości ok. 150 m z przygotowanym rowami przeciwodłamkowymi, ciągnącymi się do drogi prowadzącej do stoczni, zaś na wschodzie obozu znajdowały się tory kolejowe (bocznica) poprzez którą dowożono węgiel do elektrowni jako jej paliwo.
Od północnej strony KL Stutthof przylegał do „Gemeinschaftslager”, który był zradiofonizowany. Włosi umieścili jeden z głośników na słupie dość wysoko i skierowali go w kierunku KL Stutthof, by i więźniowie mogli posłuchać komunikatów „gadzinówki” niemieckiej. Co ciekawe władze obozu nie sprzeciwiały się tak umieszczonemu głośnikowi…
Po zachodniej stronie obozu był nasyp, na którym poprowadzono drogę (najpierw nazywaną jako Okrężna, potem ul. Wronia, później nazwę tej drogi zmieniono na ul. Energetyków) do elektrowni „GRÓDEK”.
Na skrzyżowaniu drogi do stoczni i do elektrowni umieszczone były działa artylerii przeciwlotniczej (6 dział szybkostrzelnych).
Pierwszym komendantem gdyńskiej filii obozu KL Stutthof był Oberscharführer Kuhlmann, który tą funkcje pełnił od 16 października 1944r. do 9 grudnia 1944 r.
Grupy robocze były prowadzone do pracy przez brygadzistów (Vorarbeiter), którzy byli odpowiedzialni przed komendantem obozu za stan ilościowy więźniów. Formalności skierowania do pracy poszczególnych grup roboczych załatwiało biuro pracy (Arbeitseinsatz). Biuro to od początku września 1944 r. prowadził więzień Kazimierz Fikus. Oprócz tej funkcji był on również zatrudniony w magazynie odzieży i bielizny.
Na tym stanowisku pojawiły się pewne komplikacje, które były dość często komentowane pomiędzy zaufanymi więźniami. Trzeba zaznaczyć, iż praca Kazimierza Fikusa polegała m.in. i na tym, że odzież i bieliznę więźniów zawoził do pralni, aż do Gdańska. Po jej wypraniu przywoził uprane rzeczy na powrót do filii obozu przy stoczni i składał je do magazynu. W drugiej połowie listopada 1944 roku zamiast bielizny pralnia w Gdańsku wydała Kazimierzowi Fikusowi 5 worków kosztownych futer. Po ich otwarciu w magazynie sprawę pomyłki niezwłocznie zgłoszono komendantowi obozu. Komendant po obejrzeniu tych pięknych i drogich futer kazał natychmiast przynieść do jego gabinetu, skąd jego żona pojedynczo wynosiła je na sobie do swojego domu, który znajdował się w Sopocie. Władze pralni w Gdańsku zgłosiły zaginięcie ww. futer do Gestapo, skutkiem czego gdyńskie Gestapo aresztowało Kazimierza Fikusa i komendanta obozu. Po kilkudniowym śledztwie Kazimierz Fikus (pierwotnie osadzony w bunkrze w Gestapo) został odesłany do macierzystego obozu Stutthof (znajdującego się na Mierzei Wiślanej). Komendant zaś zniknął z obozu.
Warto nadmienić, jak potoczyły się losy Kazimierza Fikusa. Otóż w czasie tzw. „Marszu Śmierci” (ewakuacja całego obozu Stutthof – więźniowie zostali zmuszeni do marszu w kierunku zachodnim w okresie siarczystych mrozów – wielu więźniów nie zniosło tego morderczego marszu…, kto upadł i nie miał siły iść o własnych siłach dalej, bywał na miejscu rozstrzeliwany, zaś ciało wrzucano do rowu przy drodze, skąd miejscowe władze niemieckie miały obowiązek zebrać ciała i pochować je na najbliższym cmentarzu). Do tego marszu zmuszony został i Kazimierz Fikus, który w pobliżu Żukowa k/ Gdyni zdołał zbiec z tego marszu, ukrywał się tak długo, aż kolumna więźniów pomaszerowała dalej na zachód. Przy wsparciu miejscowej ludności uzyskał cywilne ubrania i doczekał wyzwolenia. Przez długi czas po wojnie Kazimierz Fikus mieszkał i pracował w Słupsku.
Po tych wypadkach stanowisko komendanta filii obozu KL Stutthof przejął Oberscharführer Joseph Bock. Stanowisko Kazimierza Fikusa przejął Bogusław Adamczak. Pisarzem obozowym w tym czasie był Jakub Stodolski. Obaj panowie byli mieszkańcami Gdyni. Niestety byli traktowani jak więźniowie i zostali zmuszeni do ewakuacji. Część więźniów, która przetrwała tą morderczą ewakuacje i w końcowym etapie znaleźli się w obozie Bergen Belsen. A tam, wobec niezwykle trudnych warunków pobytu w tym obozie większość więźniów zmarła. Można przypuszczać, iż obaj panowie z Gdyni tam zakończyli życie.
W „rewirze” – czyli w baraku nr 1 w części „a” rządził tzw. Sanitätsdienstgrad Sturmann SS Helmut Klotzbier, Niemiec z Rumuni. Podlegał mu więzień lekarz Lech Duszyński, pochodzący z Gdyni, którego sprowadzono z komanda w Słupsku.
„Rewir” dysponował około 30 łóżkami dla chorych więźniów, w tym trzema izolatkami dla zakaźnie chorych. Poza lekarzem opiekę nad chorymi sprawował jeden sanitariusz łodzianin z zawodu prawnik o imieniu Stanisław. Więźniowie byli wyjątkowo marnie karmieni (dobowa kaloryczność posiłków była obliczona na 600 kalorii). Nic więc dziwnego, że byli permanentnie niedożywieni i stale zagrażała im śmierć, której niestety nie można było zapobiec. Przekazywanie więźniów do obozu pracy i tak dotyczyło więźniów, którzy byli w lepszej kondycji fizycznej od tych, którzy byli już na skraju wyczerpania. Więzień pracując przynosił zysk obozowi. Jednak dbałości o życie więźniów nie było, bo gdy jeden umierał, to władze macierzystego obozy dosyłały nowego, by nie uszczuplić przychodu… W listopadzie i grudniu 1944 w filii przy stoczni roku zmarło z wycieńczenia 7 więźniów.
Do liczby zmarłych z wycieńczenia należy doliczyć nieustaloną liczbę tych, których odesłano do Stutthofu jako nieuleczalnie chorych.
Ogólne warunki życia więźniów zatrudnionych w filii KL Stutthof przy stoczni były jednak lepsze niż w obozie macierzystym. Wynikało to z bliskich kontaktów z ludnością cywilną oraz pomocy, jaką więźniowie otrzymywali od Polaków zamieszkujących w Gdyni i w okolicach. Te kontakty umożliwiły później nieliczne ucieczki więźniów.
Skład narodowościowy więźniów filii obozu przy stoczni składał się w zdecydowanej większości z Polaków, był 1 Niemiec z czerwonym trójkątem z litą „P” naszytym na bluzie obozowej – co oznaczało więźnia politycznego. Ponadto zdarzało się, że więźniami byli i Rosjanie.
Natomiast w obozie dla robotników przymusowych (północna część obozu, ta za ogrodzeniem z drutu kolczastego o wys. 4,0 metrów) przebywali Francuzi, Włosi, Holendrzy, Norwegowie, Niemcy, Łotysze, Estończycy i Jugosłowianie.
Stanowiska kierownicze w obozie pełnili przeważnie Niemcy. Głównym dysponentem pracy oraz starszym brygadzistą obozu był Niemiec, Mazur z pochodzenia Jan Bank, kierownikami baraków – blokowymi też byli Niemcy, z wyjątkiem Antoniego Dargacza i Kazimierza Krakowskiego, który jeszcze w Stutthofie wsławił się biciem współwięźniów. Ominął go jednak wymiar sprawiedliwości, ponieważ tuż po wyzwoleniu zmarł na gruźlicę.
W Większości więźniowie byli zatrudnieni w stoczni. Duża ich grupa pracowała w hali Ga-30 przy montażu bloków łodzi podwodnych. Zanim przy tych pracach zatrudniono więźniów, prace te wykonywali Niemcy i marynarze niemieccy z kompani karnych, których po przejęciu ich zakresów prac przez więźniów, przeniesiono na front. Czas pracy więźniów wynosił 12 godzin na dobę. Pierwsza zmiana rozpoczynała pracę o 6:00 i trwała do 18:00; druga zmiana trwała od 18:00 do 6:00. Warsztat/halę, gdzie montowano bloki okrętów podwodnych nazywano Oddziałem Budowy sekcji (Section – Bauabteilung). Więźniowie pracowali przy ww. blokach, jak i w transporcie, w magazynach, oraz przy pracach porządkowych.

Każdą brygadę nadzorował wartownik. Podczas marszu do pracy, jak też i z pracy oraz przy wykonywaniu jakichkolwiek czynności więźniowie byli eskortowani i pilnie strzeżeni. Podczas pracy w hali produkcyjnej wartownicy, po przeprowadzeniu więźniów na miejsce pracy, obstawiali wszystkie wyjścia z hali. Gdy natomiast więźniowie realizowali pracę poza halą, to do dalszego pilnowania przydzielano nowego wartownika.
Podczas pracy spożywano tylko jeden gotowany posiłek – obiad, dostarczony do stoczni na wozie, ciągnionym przez 6 więźniów. Racje żywnościowe były niskie (600 kalorii dziennie). Więźniowie pracujący w stoczni otrzymywali dodatkowe porcje suche tzw. „culagę”. Była to skibka chleba, 10 gramów margaryny i 15 – 20 gramów gotowanego mięsa, które można było zjeść o godz. 10:00
Śniadania i kolacje otrzymywano według porcji więziennych w obozie. Nocna zmiana nie otrzymywała gotowanego posiłku, tylko „culagę”. Na obiad musiano czekać do godz. 12:00 następnego dnia.
Za pracę w stoczni płacono 1,5 marki za roboczogodzinę pracownika wykwalifikowanego i 1 markę za robotnika niewykwalifikowanego. Wynagrodzenia te pobierał obóz.
Wkrótce, po przybyciu więźniów do filii KL Stutthof nawiązali oni łączność z mieszkańcami Gdyni i członkami Tajnego Hufca Harcerzy. To poprzez nich więźniowie potajemnie otrzymywali żywność i pocieszające wiadomości. Mali 10 – 12 letni chłopcy przerzucali przez druty obozowe żywność i m. inn. i listy.
Bardzo wydatną pomoc otrzymywali więźniowie od zatrudnionych w stoczni Polaków, szczególnie od pracującego w magazynie Stanisława Jarmużka (ostatnio – przed śmiercią zamieszkałego w Sopocie). Kontakty z mieszkańcami Gdyni zostały również wykorzystane do lepszego zaopatrzenia apteczki obozowej w leki.
Butny i zarozumiały komendant obozu we własnym interesie tolerował nieoficjalne dostawy leków z miasta, organizowane przez lekarza Lecha Duszyńskiego i farmaceutę Leona Staśkiewicza. Zakupem leków, a następnie ich dostarczaniem zajmowały się ich żony. Była to ogromna pomoc dla schorowanych i wycieńczonych więźniów.
Położenie obozu i praca na terenie stoczni stwarzała warunki do ucieczki. W połowie grudnia 1944 r. przygotowano podkop – tunel pod „świniarnią” budowany w kierunku wolnego terenu 14 (patrz szkic) gdzie były wykopane rowy przeciw odłamkowe na wypadek bombardowań. Z tego planu ucieczki miało skorzystać ponad 20 więźniów mających rodziny i bliskich w Gdyni i w okolicach Gdyni. Gdy jednak w nocy pierwszy uciekinier wszedł do tunelu, strażnik obozowy, Łotysz wszczął alarm. Strażnicy zastali w „świniarni” trzech więźniów przygotowanych do ucieczki. Ucieczka pierwszego więźnia udała się. Natomiast zatrzymanych, w tym więźnia Franciszka Miłoszewskiego z Gdyni, komendant polecił ustawić w bieliźnie pod płotem i kazał ich oblewać zimną wodą co godzinę. Stali tak w grudniu całą noc i następny dzień do zmroku. Dzięki niezwykłemu hartowi ducha i wyjątkowej odporności wszyscy trzej przetrzymali tą bestialska karę.
Komendant Block karał więźniów za każde „przewinienie”. Zbił osobiście więźniów: Sułkowskiego, Leona Staśkiewicza i Stolza za posiadanie potajemnie otrzymanej żywności.
Bardzo tragiczny – dla więźniów „komanda” przy stoczni stał się dywanowy nalot bombowców alianckich na port i stocznię w Gdyni. W wyniku bombardowania w godz. od 20:00 do 23:00 na obóz spadło kilkanaście bomb ciężkiego kalibru. Jedna bomba zniszczyła kuchnię, trzy wpadły na barak siódmy zamieszkiwany przez 150 więźniów. Zabitych zostało 19 więźniów, 14 zostało rannych, zaś jednego uznano za zaginionego. Komendant zaś zaliczył zaginionego do zabitych, gdyż z leja przed kuchnią wydobyto (uprzednio podrzucony) fragment płaszcza obozowego. Jak się później okazało więzień o nazwisku Białous znalazł się żywy za płotem i ukrył się w sąsiadującym, wolnościowym obozie pracy zajmowanym przez cudzoziemców. W czasie nalotu wróciła z hali stoczniowej grupa więźniów tam zatrudnionych na nocnej zmianie. Z tej grupy szczęśliwie nikt nie zginął. Zabitych pochowano na gdyńskich cmentarzach, zaś ciężko rannych przewieziono do macierzystego obozu w Stutthofie.
Po tym nalocie w obozie jak i samej stoczni zaszły poważne zmiany. Część grup roboczych nie wróciła już do pracy w stoczni. W połowie stycznia, w związku z wielką ofensywą wojsk radzieckich na kierunkach Gdańsk – Sopot – Gdynia większość więźniów zatrudniono przy wykonywaniu umocnień, w tym okopów i rowów przeciwczołgowych. Prace uchroniły więźniów przed powrotem do obozu macierzystego, a tym samym uniknęli oni straszliwego „Marszu Śmierci”.
8 marca 1945 r. po apelu wieczornym wyprowadzono niespodziewanie więźniów z obozu w stronę portu. Kiedy kolumna doszła do statku, szczęśliwym zbiegiem okoliczności na czele kolumny nie było strażnika …. Na pytanie kapitana oczekującego statku – kim są – otrzymał odpowiedź: więźniowie ze Stutthofu, mamy wszy i tyfus plamisty. Przerażony kapitan odmówił zaokrętowania więźniów. Więźniów odprowadzono na powrót do obozu.
Największą sensacją obozu była ucieczka więźnia Klemensa Rojewskiego, którą przeprowadził wspólnie z głównym dysponentem pracy, starszym brygadzistą (Vorarbeiter) Janem Bankiem. 9 stycznia 1945 r. pisarz obozowy zawiadomił Rojewskiego, że znajduje się na liście 15 więźniów skierowanych do obozu koncentracyjnego w Mauthausen. Transport miał odejść 15 stycznia. W tym więc czasie Rojewski skontaktował się Józefem Wawrzyńczykiem z gdyńskiego Tajnego Hufca Harcerzy, skąd 11 stycznia otrzymał fałszywe dokumenty osobiste na nazwisko Jana Puciejko i zezwolenie na przejazd koleją do Poznania. 13 stycznia 1945 r zaraz po apelu, około godz. 18:00 Rojewski wydostał się z obozu, skacząc z kopca z ziemniakami przez kolczaste druty ogrodzenia. Jan Błank natomiast, korzystając z przywileju możliwości opuszczania obozu jako Vorarbeiter wyszedł w tym samym dniu około 20:00. Obaj spotkali się na dworcu kolejowym w Gdyni, skąd pociągiem udali się do Wrześni pod Poznaniem, gdzie wkrótce zostali wyzwoleniu przez wojska radzieckie.
Ucieczkę Jana Błanka stwierdzono dopiero około południa dnia następnego i zaalarmowano Gestapo. W tym czasie jeszcze nie zauważono ucieczki Klemensa Rojewskiego. Było to zasługą dr Duszyńskiego, który na apele w dniach 14 i 15 stycznia podstawiał chorego więźnia z „rewiru”.
Dopiero 15 stycznia, podczas apelu wieczornego stwierdzono brak Klemensa Rojewskiego. Wszczęto pościg i poszukiwania u najbliższej rodziny. W rezultacie aresztowano jego wujka Czesława Morcinka w miejscowości Września. Wyzwolenie Wrześni w dniu 20 stycznia położyło kres dalszym prześladowaniom.
Były więzień polityczny z czerwonym trójkątem i literą P na pasiaku i mającym br. obozowy 17563, przebywający od grudnia 1943 roku w Stutthofie, a od sierpnia 1944 r. jako więzień zatrudniony w stoczni Deutsche Werke Kiel Klemens Rojewski po wyzwoleniu Gdyni wrócił do stoczni i przez długi czas pracował w Stoczni im. „Komuny Paryskiej” na różnych stanowiskach pracy, aż do przejścia na emeryturę.
Następną nieudaną ewakuację rozpoczęto po obiedzie w dniu 14 marca 1945 r. O godz. 15:00 kolumna więźniów dotarła na puste molo. Na końcu mola, w odległości ok 400 metrów od więźniów cumował niewielki statek, z którego usłyszano charakterystyczny buczek okrętowy, który sygnalizował zrzucenie cum i odpłynięcie w morze. Więźniowie odetchnęli z ulgą, chociaż dręczyło ich pytanie: Dlaczego tak się stało?
W okresie prób ewakuacji były udane ucieczki. 8 marca 1945 r. uciekł z obozu dr Lech Duszyński i jeden Rosjanin. Od tego czasu funkcję lekarza obozowego pełnił mgr farmacji Leon Staśkiewicz z Gdyni. 15 marca wieczorem uciekło 5 więźniów, którzy wykorzystali ubrania cywilne przygotowane w firmie Alfa Bau, przez inż. Fink Finowieckiego. W tych dniach policja przyprowadziła cztery więźniarki ze Stutthofu: trzy Polki i jedną chorą na tyfus (dur) plamisty Niemkę. Umieszczono je w starej wartowni, przy bramie na zewnątrz obozu. Na ich nieszczęście lotnik radziecki zrzucił bomby w okolicach bramy obozu. Bomby zamiast w bramę trafiły w barak starej wartowni zabijając trzy Polki. Niemka ocalała, zaś stara wartownia przestała istnieć.
Były to już ostatnie dni niewoli. Dnia 24 marca 1945 r. przy pięknej słonecznej pogodzie, stoczniowcy w pasiakach opuścili swoje „Komando”, udając się w asyście strażników do portu w Gdyni, skąd mieli być ewakuowani na statku. Chorzy więźniowie opuścili obóz jako ostatni, leżeli na wozach. Rannymi zajmował się sanitariusz obozowy, też więzień. Wśród chorych byli więźniowie ranni od bombardowań lotniczych, ostrzału artylerii i jeden Rosjanin postrzelony przez strażnika. Tuż po wyjściu za bramę wkroczyli w teren bombardowany i ostrzeliwany z broni pokładowej przez lotników radzieckich. Naloty były częste i powtarzały się co kilka, lub kilkanaście minut. Kilkunastu więźniów Polaków i kilku Rosjan wykorzystało zamieszanie związane z nalotami i zbiegli w kierunku Grabówka i Chyloni.
Część więźniów uciekła z kolumny i schroniła się w obozie, gdzie znaleźli schronienie w podkopie pod magazynem, część uciekinierów zagrzebało się w piasku. Tych z piasku wygrzebali żołnierze niemieccy i oddali ich w ręce policji. Uwięzieni w policyjnych celach, mieszczących się w piwnicach budynku policji doczekali się oswobodzenia.
W kierunku wiaduktu drogowego (była ul. Marchlewskiego, przemianowana potem na ul. Janka Wiśniewskiego) uciekła kilkuosobowa grupa więźniów z Franciszkiem Miłoszewskim, Stefanem Dobiegałą i marynarzem z Torunia o imieniu Kazik. Podczas drogi od elektrowni „GRÓDEK”, przez cały obszar stoczni i portu, prawie aż do Kapitanatu Portu zdołało uciec około 100 więźniów, między innymi Niemiec Hans Blum, więzień polityczny. Podczas przechodzenia przez port jeden z więźniów Marian Kowalski został ranny z broni pokładowej. Dużo spokojniej było w południowej części portu.
W pewnej chwili p.o. lekarz obozowy farmaceuta Leon Staśkiewicz zdecydował się na ucieczkę. Już tylko 100 metrów dzieliło go od statku. W pobliżu znalazł porzucony płaszcz, który narzucił na siebie, ukrywając swój strój więzienny. Spodnie (pasiak obozowy) wpuścił w obozowe damskie pończochy i udał się pośpiesznie w kierunku miasta, gdzie w swoim miejscu pracy przy ulicy Starowiejskiej 122 doczekał wyzwolenia.
Było w lutym 1945 r. w obozie i takie zdarzenie, iż uciekiniera z obozu przyprowadził na powrót do obozu jego ojciec, bojąc się przechowywać syna uciekiniera, z gorączką i na dodatek chorego na tyfus plamisty. Więzień ten przeżył ostatnie tygodnie w niewoli i uciekł przed ewakuacją tuż przed wejściem na statek.
Inny więzień, szukając schronienia schował się w wagonie towarowym stojącym na bocznicy w porcie. W trakcie przeszukiwania miejsc, gdzie mogli schować się więźniowie, więźnia tego znalazł komendant obozu Bock, który w świetle latarki dostrzegł skulonego i wystraszonego więźnia. Podchodząc do wyjścia z wagonu rzekł do czekającego gestapowca „tutaj nikogo nie ma”. Nie udało się ustalić personaliów owego więźnia, o którym było wiadomo, iż był mieszkańcem Gdyni.
W ostatniej chwili podczas nalotu, grupka więźniów rozbiegła się tuż przed wejściem na statek i schowała się do magazynu portowego. Po odpłynięciu statków ewakuacyjnych, zaprzęgli się do porzuconego wozu kuchni obozowej i ciągnąc go przeszli bez przeszkód przez strzeżone tereny portowe i rozbiegli się po mieście, wyszukując dogodnych miejsc ukrycia. Tak doczekali wyzwolenia Gdyni. W grupie tej znajdowali się m. inn. Edwin Podlecki, Stanisław Cichocki, Jan Sowisło i kucharz obozowy Franciszek Magalski mieszkaniec Gdyni
Dodam od siebie, iż pracując w Szefostwie Technicznym w stoczni poznałem Grzegorza Magalskiego, który był technologiem ds. elektrycznych w Dziale Technologii (TTT). Pan Grzegorz był wnukiem owego kucharza z obozu, stanowiącego filię KL Stutthof. Po pewnym czasie jako dobry znawca stoczniowej tematyki elektrycznej zmienił stanowisko pracy i zatrudnił się na Wydz. W-4 na stanowisku K-ka Oddziału Elektrycznego. Przez długie lata współpracowaliśmy w różnych biurach budowy (na różnych statkach) gdzie mogliśmy się wspierać w rozwiązywaniu różnorakich tematów i problemów technologicznych związanych z pracami elektrycznymi na statkach w budowie.
Dla e-muzeum opracował Edmund Piór Gdynia.
