Zenon Stefański – mgr inż. budowy okrętów, w Stoczni: 1956-1985, nr kontr.:648
– zajmowane stanowiska: starszy konstruktor, K-k Wydz. Dokowego (późniejszy Wydział W-8) starszy technolog kadłubowy – PKT, z-ca K-ka ds. produkcji K-1, specjalista ds. kadłubowych w Szefostwie Technicznym, starszy specjalista ds. kadłubowych w Biurze Rozwoju Stoczni w Szefostwie Technicznym
– przewodniczący Klubu Techniki i Racjonalizacji (KTiR) w Stoczni.
Niniejszy tekst opracował Krzysztof Stefański – syn Zenona na potrzeby powstającego e-muzeum.


Dzieciństwo i najbliższa rodzina
Zenon Stefański urodził się 7 września 1927 roku w miejscowości Świerczek

koło Skarżyska – Kamiennej, w dawnym województwie kieleckim, a dokładniej – w domu swojego stryja Ignacego Stefańskiego. Ojciec – Paweł Stefański (1898 – 1942), syn Józefa i Ludwiki

matka – Sabina Stefańska (1904 – 1945), córka Rozalii i Edwarda

Zenon miał dwie młodsze siostry. Jedna, to Janina z Głuszycy (1932 – 2008). Druga siostra, to Halina ze Skarżyska–Kamiennej (1929 – 2003 r.)

Cała rodzina początkowo mieszkała w Świerczku u Pawła Stefańskiego, a potem u jego siostry Stefanii. Przebywali także i w Bodzentynie, gdzie urodziła się Halina. Po pewnym czasie wszyscy przeprowadzili się do Radomia i tam w dzielnicy Żakowice wynajęli mieszkanie z restauracją na parterze.
Zenon Stefański: „Z lat dziecięcych niewiele sobie przypominam. Pamiętam, że gdy byłem młodym chłopcem, to w 1939 r. chodziłem w Radomiu na mecze piłkarskie i do kina, zwykle bez biletu, bo nie miałem pieniędzy. Swoje grosze przeznaczałem na łakocie lub na kupno np. piłki futbolowej 1”.
Najbliżsi Zenona Stefańskiego, to przede wszystkim jego żona i teściowie oraz ja, (jedyne jego dziecko) ze swoją rodziną. O mojej mamie i dziadkach wspominam dalej.
Ja ożeniłem się z M. z Radomska. Urodził nam się syn, a potem córka. Syn się ożenił i wkrótce młodzi obdarzyli nas dwiema wnuczkami. Po pewnym czasie ich babcia, a moja żona, zmarła po ciężkiej chorobie. Wnuczki straciły tym samym drugą babcię, bo pierwsza – T. – odeszła już kilka lat wcześniej. Zostało im dwóch dziadków, ten drugi, to wdowiec po T. Ja obecnie mam drugą żonę.
1 Zenon Stefański, Wspomnienia, maszynopis.
Tragiczne losy rodziców Zenona
Zenon Stefański: „Radom, piątek 20 czerwca 1941 roku. Wracam ze szkoły do domu. Po drodze dowiaduję się, że gestapo jest w naszym mieszkaniu. Aresztowało moją matkę Sabinę i poszukuje ojca Pawła, który był działaczem robotniczym. Na ulicy zastaję zapłakane siostry, 11–letnią Halinę i 9–letnią Janinę. Płaczę również z nimi.
Na drugi dzień odwiedza nas ukradkiem ojciec. Kilka dni później zostaje aresztowany na moich oczach. Wydał go jeden z sąsiadów, prowokator i szpicel gestapowski.
W końcu miesiąca spaceruję w Radomiu po ulicach Żeromskiego i Rwańskiej. Widzę gmach kościoła i przylegające do niego z lewej i prawej strony budynki więzienia. W zakratowanym oknie na piętrze, z lewej strony, zobaczyłem twarz matki. Odwiedzam wielokrotnie to miejsce, widziałem tam matkę tylko dwa razy, miałem wtedy 13 lat. Pamiętam też dobrze, gdy aresztowano przy mnie ojca i wcześniejsze przyjazdy gestapowców w poszukiwaniu jego i innych polskich patriotów. Do dnia dzisiejszego mam wgniecenie na głowie oraz ślad po pęknięciu palca wskazującego lewej ręki, który jeden z gestapowców ścisnął mi w drzwiach powodując wielki ból.
Na początku 1942 roku szedłem z kuzynką Zuzanną, żeby podać paczkę żywnościową dla ojca Pawła. Wtedy to zauważyliśmy przyjazd pod więzienie samochodu ciężarowego i wysiadających, skutych kajdankami więźniów. Był tam między nimi mój ojciec, a widziałem go wtedy po raz ostatni w życiu. Prawdopodobnie w kilka dni później został rozstrzelany, lecz do chwili obecnej nie wiem, kiedy i w którym miejscu oraz gdzie jest grób jego i współwięźniów, patriotów polskich.
Zostaliśmy w trójkę sierotami, bez środków do życia, zdani na opiekę rodziny rodziców (w Skarżysku i Bodzentynie). Matka została 10 kwietnia 1942 roku przywieziona do obozu koncentracyjnego Ravensbrück. Tam zginęła w kwietniu 1945 roku. Miała numer obozowy 10116 1”.
Sabina i Paweł Stefańscy byli małżeństwem od 13 listopada 1926 roku, gdy pobrali się w USC w Bodzentynie, w dawnym województwie kieleckim. Razem z trójką dzieci mieszkali w tym miasteczku oraz we wsi Świerczek. Przed wojną Paweł Stefański przez pewien czas pracował w Radomiu jako ślusarz w Fabryce Broni. Do tego miasta też przeprowadzili się całą rodziną. Tam w dzielnicy Żakowice wynajęli dom i wydzierżawili znajdującą się w nim restaurację.
W czasie wojny w ich lokalu często spotykali się polscy patrioci. Niemcy zajęli go w 1941 roku, gdy znaleźli tam konspiracyjne materiały. To było też przyczyną aresztowania moich dziadków. Gestapo najpierw zabrało babcię Sabinę i urządziło „kocioł” w mieszkaniu. Dziadka Pawła ostrzegł ktoś na ulicy i ten dzięki temu zdążył się ukryć. Tatę mojego Niemcy przetrzymywali w domu kilka dni, dręcząc i bijąc, chcąc zmusić jego ojca, aby ten przyszedł do domu. Wydał go w końcu sąsiad – niemiecki szpicel.
Pawła Stefańskiego próbował wykupić Józef Białek, któremu Sabina Stefańska przekazała z więzienia wiadomość, że w jej mieszkaniu w ścianie są schowane pieniądze. Była to odłożona większa suma na kupno domu. Kiedy jednak skrytka okazała się pusta i nie wiadomo było co stało się z jej zawartością, to Józef przeznaczył na to osobiste oszczędności. Pieniądze przekazał odpowiedniej osobie i ta miała doprowadzić do uwolnienia aresztowanego. Po pewnym czasie okazało się, że nic z tego nie wyjdzie, gdyż Paweł nie żyje, że wcześniej został zamordowany.
1 Zenon Stefański, Wspomnienia, maszynopis.
Młodość – nauka i praca
Młody Zenek mieszkał z rodziną w Świerczku, Bodzentynie, a potem w Radomiu. W tym ostatnim mieście w latach 1934 – 1941 uczęszczał do Szkoły Powszechnej,

a potem do Publicznej Dokształcającej Szkoły Zawodowej. Z kolei 1 września 1946 roku rozpoczął naukę w Szkole Przemysłowej w Jeleniej Górze i kontynuował ją do 26 lipca 1947 roku



Następnie zapisał się do dwuletniego Liceum Przemysłu Metalowego w Gliwicach, które ukończył 25 czerwca 1949 roku z tytułem technika mechanika i uzyskał jednocześnie Świadectwo Dojrzałości.




Z. Stefański pierwszą swoją pracę podjął 1 października 1942 roku na stanowisku robotnika w Bazie Materiałów Kolejowych w Skarżysku Kamiennej. Zakończył ją 30 października 1944 roku. Od 25 stycznia 1945 do 1 września 1946 roku był zatrudniony w Parowozowni Głównej w tej samej miejscowości na stanowisku umownego robotnika.

25 lipca 1947 roku rozpoczął on piętnastodniową pracę w Fabryce Maszyn Papierniczych w Jeleniej Górze (tokarz). Od 19 czerwca do 31 sierpnia 1948 roku zatrudniony był w Zakładach „Carbochemia” w Gliwicach (kreślarz), a od 1 lipca 1949 roku przez 3 miesiące był technikiem – mechanikiem w Zakładach Sprzętu Transportowego w tym samym mieście.
Zenon Stefański: „Mając 15 lat rozpocząłem pracę zarobkową w Skarżysku – Kamiennej w PKP, trochę handlowałem i tak w trudnym życiu doczekałem się dnia wyzwolenia przez Amię Radziecką – 18 stycznia 1945 r. Rozpoczął się dla mnie okres pracy w wolnej Polsce Ludowej, pracy trudnej i niebezpiecznej.
Początkowo odgruzowywaliśmy całą parowozownię oraz tory kolejowe, unieszkodliwialiśmy i wywozili mnóstwo wszelkiego rodzaju pocisków, granatów i innych pozostałości wojennych.
Praca i życie powracały do normy, rozpocząłem też wieczorową naukę. Okres ten był dla mnie bardzo ciężki, lecz młodość i dobre zdrowie, pomoc Polskiej Partii Robotniczej, do której zapisałem się w 1946 r. oraz własna silna wola spowodowały, że zdobyłem dyplom i pracę technika – mechanika.
Po kilkumiesięcznej pracy na Ziemiach Odzyskanych (w Gliwicach) za własne zarobione pieniądze kupiłem pierwszy w życiu nowy i dobry garnitur 1”.
1 Zenon Stefański, Wspomnienia, maszynopis.
Miłość i narzeczeństwo
Rodzice poznali się, kiedy mama była jeszcze uczennicą. Tata opisuje dokładnie tamte chwile i początek ich miłości w autobiograficznym wierszu „Bajeczka prawdziwa”, gdzie przedstawia siebie jako Janka.

W innych wierszach opisuje on także ich okres narzeczeński, który spędzali przeważnie oddzielnie. Najpierw tata był w wojsku, a potem wyjechał na studia do Związku Radzieckiego, tak więc razem byli tylko wtedy, kiedy stamtąd przyjeżdżał na wakacje.
Bajeczka prawdziwa
Przed kilkoma dniami upadł śnieżek biały,
Nadciągnęły wiatry i mróz niebywały.
I tak z każdym dzionkiem śnieżek dalej pada,
A świerszcz spod komina bajkę opowiada.
Była sobie raz dzieweczka, jej Ala na imię,
Miała bardzo piękne liczka i wesołą minę.
Za lasami, za rzekami ona zamieszkała,
Tam babunia i mamunia ją wychowywała.
Wkoło były duże lasy, tatuś był leśniczym,
Chodził wciąż na polowania, często wracał z niczym.
Dbał on o swoją rodzinkę i kochał ją szczerze,
A Aleczkę, swą córeczkę, ubóstwiał – w co wierzę.
Mama bardzo ja kochała i w długie wieczory
Nuciła jej nad kołyską, gdy szumiały bory.
Śpiewała jej o miłości dwojga młodych ludzi,
Ich gorącym przywiązaniu, które miłość budzi.
Jak to pewien piękny rycerz kochał się w królewnie
I z daleka wzdychał do niej, ta płakała rzewnie.
Zaś jej ojciec, to król srogi, nie chciał znać rycerza,
Lecz brzydkiego królewicza z państwa nietoperza.
Tak w rodzinnej atmosferze Aluś wyrastała,
Z każdym roczkiem dłuższe włosy mama jej splatała.
Gdy minęło kilka latek, przyszła szkolna pora,
Skończyły się też codzienne bajeczki z wieczora.
Teraz dziewczę całe lata siedzi nad książkami
I zajmuje się nauką, a nie bajeczkami.
Mama każdy dzionek z rana budzi ją do szkoły,
Gdzie na lekcje ją zaprasza dzwonka głos wesoły.
I tak Ala się uczyła latek aż dwanaście,
A kiedy skończyła szkoły, miała dziewiętnaście.
Jeszcze w czasie tej nauki poznał ją ktoś młody,
Kto był bardzo zachwycony pięknem jej urody.
Śnieżek dalej sobie pada, już bajki połowa,
Świerszczyk dalej opowiada, oto jego słowa:
Było to dawno, przed wielu laty,
W czasach, gdy byłem młody, bogaty.
Miałem ja żonę i małe dziecię,
Byłem szczęśliwy w świerszczowym świecie.
Żyłem za piecem, za tym kaflowym,
W cichej wioseczce – w Polu Lipowym.
Tam, gdzie mamusia bawiła Lusię,
Gdzie nasza bajka jawą stała się.
Pewnego dnia siedzi Ala w domu
W ciszy, w spokoju, nie wadzi nikomu.
Było to zimą, och, tak jakby teraz,
Śnieg, mróz na dworze, wtem ktoś drzwi otwiera.
Czyżby podróżny w taki zimny dzionek
Przybył sankami? Słychać było dzwonek!
Czy jacyś goście nieoczekiwani,
Może znajomi dawno nie widziani?
Przez drzwi otwarte głośno i ze śmiechem
Wleciały dziewczęta z wielkim pośpiechem.
Obie znajome – Tereska, Halinka,
Obie też miłe, słodkie jak malinka.
Wraz z nimi przybył gość tutaj nieznany,
Tu niewidziany, nieoczekiwany.
A po prezentacji, to się okazało,
Że do mej historii jego brakowało.
Obecnie prawdziwej bajeczki dzieje,
Pierwsze spotkania, miłość i nadzieje,
Chwile i miłe, i wzniosłe opowiem,
To co widziałem, słyszałem i co wiem.
W pierwszym dniu Janek, takie imię jego,
Nie miał wcale miny już zakochanego.
Od pierwszego wejrzenia miłość tylko bywa
W pieśniach, kiedy rycerz królewnę zdobywa.
Spoglądam na Janka: jest średniego wzrostu,
Włos jasny, twarz okrągła bez cienia zarostu,
Oczy szare patrzące szczerze i łagodnie
Na wszystkich, co dokoła siedzą tak wygodnie.
Wzrok jego spotyka się z Ali spojrzeniem,
Ta patrzy na niego wciąż z zaciekawieniem.
Kilka słów między nimi o mrozie, pogodzie,
O przyjemnym spotkaniu w jej ojca zagrodzie.
Z każdą chwilą rozmowa bardziej się rozwija,
Ala z Halą, Tereska – śmieją się, czas mija.
I tak przy gadaniu o tym i o owym,
Przeszedł im ten wieczór na Polu Lipowym.
Następne spotkanie było w dzień Trzech Króli,
Właśnie teraz żona nasze dziecię tuli.
Przyszedł znowu Janek, a wraz z nim kuzynka,
Nasza dawna znajoma Stefańska Halinka.
Fredek i Tereska też przyszli do Ali,
Tak że sami młodzi u niej się zebrali.
Trwa żywa rozmowa, śmiech kipi na zdrowie,
Gdy Fredek lub Janek jakiś dowcip powie.
Ala rzuca projekt: Wszyscy w fanty gramy!
Czas szybciej upłynie, lepiej się poznamy!
Ona pewną była, że Janek nieśmiały,
Fredek – to jej kuzyn, w tym tkwi plan gry cały.
Będzie wtedy mogła do wszystkich podchodzić,
Robić im psikusy i za nos ich wodzić.
Fredek znał jej zamiar, o to go prosiła
I z jego pomocą tą grę prowadziła.
Nie opowiem ja wam całej tej zabawy,
Może tylko powiem temu kto ciekawy,
Że fanty, ta Ali panieńska zachcianka,
Były tylko po to, by być bliżej Janka.
Był już późny wieczór, gdy się rozchodzili,
Wcześniej Ala z Jankiem długo gawędzili.
Ściskając zaś ręce sobie obiecali,
Że w rozłące będą do siebie pisali.
Janek już odjechał, zostawmy go sobie,
Powiem wam kochani o Ali osobie.
Pamiętajcie dobrze: nie w bajecznym świecie,
Alę w starachowickim znajdziecie powiecie.
Na samym początku tej nasze bajeczki
Było o dzieciństwie naszej kochaneczki.
Opiszę Aleczkę tak jak ja ją widzę
Z miejsca na piecu, gdzie też zawsze siedzę.
Miłe to dziewczę wzrostu niewielkiego,
Duże oczy koloru niebieskiego.
Cała otulona jasnych włosów splotem,
Które na ramiona spływają pokotem.
Pięknie wykrojone czerwone usteczka
Zdobią jej twarzyczkę, jak niebo gwiazdeczka.
Kibić ma całą zgrabną i szczuplutką
Rączkę i stópkę nadzwyczaj malutką…
I tak dzień za dzionkiem składa się w miesiące,
Przyszło po zimie lato parne i gorące.
Potem minął roczek jeden, drugi, trzeci,
Kiedy w końcu Janek do Ali przyleci?
Na razie jedynie tak się kontaktują,
Że często liściki do siebie pisują.
Janek czasem wyśle jakiś wierszyk krótki,
W którym jej wyznaje miłości pobudki.
I ja taki jeden liścik przeczytałem,
Chociaż tak właściwie, to go wysłuchałem.
Ala bowiem kiedyś na głos go czytała
I z wielkiej tęsknoty aż się popłakała.
A oto treść listu, pamiętajcie sobie:
Żałuję ja bardzo, bom nie jest przy Tobie,
Nie mogę Cię widzieć, przytulić do siebie,
Pić słodycz z ust Twoich, no i kochać Ciebie.
Chciałbym też usłyszeć, jak mówisz: Kochany,
Ty jesteś mój tylko, przeze mnie wybrany!
Gdy w dziewiczym wstydzie zapłonisz się cała
Będziesz ślicznie wyglądać, będziesz tak wspaniała!
Będę kochał Cię mocno poprzez życie całe
I oddam Ci wszystko cokolwiek mam stałe.
Za jeden Twój uśmiech, na jedno skinienie
Jam gotów jest spełnić każde Twe pragnienie!
Następnych słów listu ja nie dosłyszałem,
Jednak ich wszystkich już się domyślałem,
Ponieważ to Ala, mocno zakochana,
Wciąż podśpiewywała o przyjeździe Jana 1 (patrz foto).
Pewnego dnia…
Pewnego dnia w jesienną słotę,
W październikową to było sobotę,
Przyjechał Janek – oficer wojskowy,
Odwiedzić Alę był on gotowy.
Bo po dwóch latach ci bohaterowie
Się zobaczyli. Niech każdy się dowie,
Że było to ich spotkanie miłosne,
Wyczekiwane, piękne i radosne.
Janek mówi do Ali – kochana,
Moja dziewczyno, dawno nie widziana.
Ja kocham Cię szczerze i myślę o Tobie,
Chciałbym Cię zawsze mieć tylko przy sobie.
Te dwa lata od naszego rozstania
Nie zmniejszyło mego zakochania.
Jestem Ci wierny i wierzę Ci zawsze
Patrząc w Twoje oczy najłaskawsze.
Tak chciałbym Cię poprzez całe lata
Kochać, a szczęście niechaj nas oplata.
By życie było nam wiejską sielanką,
Ty zaś dla mnie jedyną kochanką.
Więc daj mi swe usta i rzeknij mi słówko,
Skłoń na me ramię swoją piękną główkę.
Przytul i pocałuj jak za dawnych lat,
Jak bym dostał od Ciebie mały fiołka kwiat.
Wypijmy za miłość, młodość i zdrowie,
Przechylmy tą naszą czarę do dna.
Dam Ci całusa, niech każdy się dowie,
Żeś mnie wybrała, Alu Ty jedyna.
Ach Janku drogi, gdybyś Ty wiedział,
Jak długo czekałam tej chwili,
Jak bardzo chciałam, byś mi powiedział,
Że kochasz mnie, żeśmy sobie mili.
Że znów będziemy razem blisko siebie,
A mrugające gwiazdy na niebie,
Patrzące na nas z wielkiej odległości
Będą rade naszej szczęśliwej miłości 2.
1 Zenon Stefański, Wiersze, rękopis.
2 Ibidem.
W wojsku
Zenon Stefański: „Jesienią 1949 r. otrzymałem wezwanie do wojska, do Szkoły Oficerów Rezerwy Artylerii w Toruniu. Podczas okupacji marzyłem, że gdy dorosnę, to zostanę partyzantem lub oficerem i będę walczył przeciwko hitlerowcom, których nienawidziłem za zamordowanie rodziców, za lata głodu i upokorzeń. Życzenia moje częściowo zaczęły się spełniać, gdyż zostałem żołnierzem Wojska Polskiego.


Lato 1950 r., Toruń. Podczas jednej z porannych zbiórek zastępca dowódcy Szkoły Oficerów Rezerwy Artylerii ogłasza nam co następuje: „Za dwa miesiące uzyskacie stopnie oficerskie i wielu z Was pozostanie na stałe w służbie wojskowej. Ministerstwo Obrony Narodowej razem z Ministerstwem Szkół Wyższych i Nauki idzie Wam na rękę. Umożliwia otrzymanie stypendium i naukę w wyższych uczelniach Związku Radzieckiego. Chętni, dobrzy w nauce i wyszkoleniu bojowo – politycznym, zgłaszać się do mnie, mamy kilka miejsc”.
Pomiędzy podchorążymi zawrzało. Chętnych było sporo, ponad 20 osób. Dowództwo, po wszechstronnym rozpatrzeniu, wytypowało sześciu na studia do ZSRR. Ja byłem jednym z nich. Po dwu miesiącach dowiedziałem się, że trzem podchorążym, w tym również mnie, przyznano paszporty i stypendia. Szczegóły dotyczące wyjazdu, kierunku studiów i miejsca będą podane później.
W końcu września otrzymuję nominację na chorążego i udaję się na urlop w rodzinne strony. 28 października na wezwanie MON przyjeżdżam do Warszawy, gdzie rozliczam się ze służbą wojskową, zdaję sorty mundurowe, otrzymuje odprawę – jednomiesięczną pensję około 15 tys. złotych w starej walucie, zostaję cywilem i z paszportem oczekuję na wizę. Wieczorem dowiaduję się z dziennika radiowego o wymianie pieniędzy, tak że miałem trochę pecha, ale przyjąłem to z humorem 1”.
Zenon Stefański potem spotykał się z wojskiem już tylko na ćwiczeniach rezerwy.

W rezerwie doczekał się też stopnia kapitana. Mianowano go na niego 28 września 1978 roku.
1 Zenon Stefański, Wspomnienia, maszynopis.
Na studiach
Zenon Stefański: „W pierwszych dniach listopada otrzymuję wizę do Związku Radzieckiego i w oczekiwaniu na wyjazd uczęszczam na kurs języka rosyjskiego. 19 listopada 1950 r., razem z całą kilkunastoosobową grupą przyszłych studentów, wyjeżdżam pociągiem przez Terespol i Brześć do Moskwy.
Moskwa, największe miasto jakie dotychczas widziałem. Śnieżna zima i duży ruch. Zwiedzanie miasta – Plac Czerwony i Mauzoleum Lenina, Muzeum Historyczne i Galeria Tretiakowska, ambasada PRL i dom akademicki, kina i restauracje. Zajęło nam to kilka dni. Otrzymuję z kolegą Jerzym Woźniakowskim, z którym uczęszczałem razem do Liceum Przemysłu Metalowego w Gliwicach, skierowanie do Odesskiego Instytutu Inżynierów Morskiej Floty, na Wydział Budowy Okrętów.



Pierwsze miesiące na studiach są dla mnie bardzo trudne i kłopotliwe. Rosyjskiego prawie nie znam, rok szkolny rozpoczął się we wrześniu, a mamy koniec listopada. Maturę zdałem przed kilkunastu miesiącami, a więc sytuacja nie jest wesoła. Zdawało się, że nie podołamy ogromowi trudności piętrzących się przed nami, nie nadrobimy zaległości, nie potrafimy dorównać naszym kolegom – studentom radzieckim i stracimy rok studiów. A jednak… podołaliśmy, dzięki wszechstronnej pomocy naszych przyjaciół – gospodarzy. Dyrekcja uczelni zorganizowała dla nas, kilkunastu Polaków, specjalny kurs, na którym w ciągu 7 miesięcy przerobiliśmy całoroczny materiał pierwszego roku. Oprócz normalnych wykładów mieliśmy lekcje języka rosyjskiego. Prócz pomocy ze strony dyrekcji uczelni, na każdym kroku spotykaliśmy się ze szczerą i bezinteresowną pomocą studentów radzieckich, z którymi, wspólnie mieszkając i przebywając, szybciej opanowaliśmy język.



Z czasów studiów najprzyjemniej wspominam Odessę, Krym i Kaukaz. Odbywając studencką praktykę pływającą na pasażerskim okręcie „Rossija” zwiedzałem Jałtę, Soczi, Noworosyjsk, Suchumi i Batumi. Były to miłe chwile i relaks za trudy nauki, szczególnie na I i II roku.
W kilka dni po przybyciu do Odessy zostaliśmy zaproszeni do sąsiedniej uczelni technicznej, czyli do „Instytutu Łączności”, na zebranie przedwyborcze i uroczystość związaną z Dniem Konstytucji (6 grudnia). Wielka aula zapełniona studentami oraz pracownikami naukowymi. Przewodniczący otwierając zebranie ogłasza, że zaprasza biuro polityczne WKP(b) – Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) pod przewodnictwem generalissimusa Stalina do honorowego prezydium zebrania. Następują długo niemilknące oklaski i skandowanie nazwiska Sta…lin, Sta…lin, co trwa kilka minut. Byłem trochę zaszokowany tak rozwiniętym kultem osoby. W dwa lata później (byłem na trzecim roku) miały odbyć się wybory. Moi radzieccy koledzy z którymi mieszkałem, potrafili wstać przed piątą rano, aby iść do odległego punktu wyborczego, gdzie honorowym kandydatem był towarzysz Stalin. Podchodzili do tej sprawy z uczuciem i powagą. Pamiętam jak to w marcu 1953 r. po śmierci Stalina, wielu ludzi, studentów, robotników, a szczególnie prostych kobiet, płakało rzewnymi łzami z tego powodu.
Kilka razy w roku pracowaliśmy społecznie dla rolnictwa i budownictwa. Najczęściej przy odbudowie dworca kolejowego w Odessie, budowie hali sportowej w Instytucie, wyjeździe na zbiór bawełny i inne. Praca taka cementowała naszą wzajemną przyjaźń. Również podczas praktyk studenckich brałem wraz z kolegami: Henrykiem Ślązakiem, Jerzym Woźniakowskim, Mieczysławem Tokarzem, Jerzym Nałęckim i Marianem Markowskim udział w rozładunku lub załadunku statków w porcie, np.: przy przeładunku herbaty, cukru i papy, za co otrzymałem pierwsze dodatkowo zarobione pieniądze za prace fizyczne na studiach. Na ogół stypendium 820–900 rubli miesięcznie było sumą wystarczającą na dość wygodne życie.
Lapsusy językowe zdarzały mi się na pierwszym roku studiów. Na studenckim wieczorku tanecznym w akademiku obserwuję koleżankę Rosjankę i widząc ją zamyśloną, czy też smutną, zapytuję „Czto Wy takaja grjaznaja ?”, co według mnie miało oznaczać: „Dlaczego jesteś taka smutna?”. Panna wstała, obraziła się i odeszła. Okazało się, że „grjaznaja” oznacza „brudna”, a powinienem powiedzieć „grustnaja”, to jest „smutna”. Takich lub podobnych wypadków było wiele.
Przyjemną, choć pracowitą, była praktyka dyplomowa w Leningradzie w Centralnym Biurze Konstrukcji Okrętowych, gdzie dokładnie poznawaliśmy pracę inżynierów i techników radzieckich, otrzymując pełną pomoc i opiekę. Każdy z nas (sześciu Polaków) zapoznał się z pracą we wszystkich działach technicznych, otrzymał niezbędne materiały do pracy dyplomowej, a także opiekuna inżyniera, udzielającego pełnych i wyczerpujących wyjaśnień dotyczących pracy zawodowej i społecznej. Młodsi pracownicy C.B.K.O. oraz koledzy studenci umożliwili nam zapoznanie się z bogatą kulturą rosyjską i radziecką. Poznaliśmy wtedy „Ermitaż”, „Smolny”, „Aurorę”, liczne muzea, piękne miejscowości w pobliżu Leningradu oraz pracę ludzi radzieckich w stoczniach i innych zakładach. Praktyka dyplomowa, a szczególnie pomoc i opieka inżynierów radzieckich, pozwoliła nam na dobre wykonanie i obronę pracy dyplomowej.
Ze względu na odległość i możliwości do Polski przyjeżdżaliśmy tylko na wakacje. Pięć i pół roku tych studiów minęło stosunkowo szybko. Z siedmiu nas rozpoczynających naukę na Wydziale Budowy Okrętów, jeden zrezygnował ze względów zdrowotnych, a sześciu ukończyło uczelnię. Otrzymali dyplomy mgr inż. budowy okrętów z dobrymi wynikami i powrócili do kraju, do pracy w przemyśle okrętowym.
Miałem wielu kolegów różnych narodowości radzieckich, z kilku zawarłem serdeczną przyjaźń. Do nich należą: Aleksander Zubakin („Sasza”), z którym ponownie współpracowałem w Polsce w 1964 i 1965 r., kiedy to pełnił funkcję inspektora Morskiego Rejestru ZSRR, serdeczny przyjaciel tak mój, jak i szeregu inżynierów i robotników polskich stoczni. Drugim był Aleksander Psałmopiewcew, obecnie główny inżynier stoczni w Rydze. Trzeci bliski kolega, to Igor Matwiejew, pochodzący z miejscowości Norylsk w obrębie koła polarnego. Był bardzo wesoły i inteligentny, obecnie pracuje w Stoczni Chersońskiej tam, gdzie kiedyś wspólnie odbywaliśmy praktykę studencką. Było szereg innych, im zawdzięczam pomoc w nauce i przyjemne wspomnienia. Wiadomości techniczne i społeczne otrzymane na studiach w pełni wykorzystaliśmy. Większość kolegów po studiach w ZSRR aktywnie pracuje zawodowo, niektórzy na poważnych stanowiskach, cieszą się zaufaniem swych przełożonych i współpracowników 1”.
Mieczysław Tokarz: „Instytut Inżynierów Morskiej Floty w Odessie, w którym wtedy studiowaliśmy, miał bardzo wysoki poziom i znakomitych wykładowców. Nauka trwała w nim 5 lat. Wyjątkiem był tylko nasz Wydział Budowy Okrętów, który jako najtrudniejszy zajmował nam pół roku więcej. Tamto ostatnie półrocze przeznaczone mieliśmy na pisanie i obronę pracy dyplomowej.
Cała nasza polska szóstka mieszkała w akademiku oddalonym od uczelni około 1 500 metrów. Dla nas było to niedaleko i przejście szybkim krokiem zajmowało nam tylko kilkanaście minut. Zakwaterowani byliśmy tam wszyscy na jednym piętrze w czteroosobowych pokojach: Piskorz – Nałęcki razem z Woźniakowskim i z dwoma Rosjanami, Pana ojciec ze Ślązakiem i też z dwoma Rosjanami, a ja z Markowskim, Rosjaninem i Tatarem. Na parterze mieliśmy stołówkę, która gotowała pyszne obiady i świetnie zaopatrzony kiosk spożywczy. W akademiku, tak jak i na uczelni, panowała bardzo dobra atmosfera, zarówno między samymi studentami, jak i między nami, a kadrą instytutu. Niejednokrotnie my jako polscy studenci, uzyskiwaliśmy od nich potrzebną i bezinteresowną pomoc.
Na trzecim roku odbywaliśmy praktyki na pasażerskim statku „Rossija”. Przez cały miesiąc pływaliśmy na nim wraz z pasażerami i zwiedzali okoliczne, malownicze porty, a zarazem poznawaliśmy urządzenia i pracę na statku. Potem odbyło się zaliczanie tych praktyk (patrz foto 15,16). Rok później mieliśmy praktyki w stoczni w Chersoniu, gdzie zapoznawaliśmy się z całym cyklem produkcyjnym jednostek. Trwało to pełne dwa miesiące i również zakończyło się zaliczaniem.
Pamiętam, jak raz przybyliśmy 1 września na rozpoczęcie roku akademickiego, a tu nam oznajmiają, że będzie ono opóźnione o jeden miesiąc. W tym czasie studenci mieli w stepach zbierać bawełnę dla kołchozu. No i tak właśnie się stało. Wielkimi ciężarówkami tam nas zawieźli i mieszkaliśmy na terenach kołchozowych, pomagając im w zbiorach. W pobliżu były duże plantacje z dojrzewającymi winogronami, więc po pracy zawsze najadaliśmy się nimi do syta.
Z finansami na utrzymanie się nie mieliśmy problemów, gdyż otrzymywaliśmy wszyscy stypendium. Jedną jego część dawała strona radziecka, a drugą ambasada polska. Mimo tego staraliśmy się coś jeszcze samemu dorobić, a najczęściej było to w czasie wyjazdu i przyjazdu z wakacji. Do Polski przywoziliśmy na sprzedaż złotą biżuterię, radia i aparaty fotograficzne. Celnicy często nas ścigali, głównie za te aparaty i złoto. Obowiązkowo również przed wyjazdem kupowaliśmy w ZSRR motory „Iż”. Braliśmy je ze sklepu w fabrycznych opakowaniach z desek i nadawaliśmy na wagon bagażowy w pociągu. Przesyłka dochodziła szybko pod wskazany adres na większą stację. U mnie to był Leżajsk. Tam zgłaszaliśmy się po odbiór, mając z sobą kanister z paliwem. Potem już na motorze dojeżdżaliśmy do domu.

Wykorzystując powrót z wakacji kupowało się w naszym kraju towar, który był deficytowy w Odessie, czyli najczęściej odzież. Najbardziej chodliwa była zaś damska bielizna. No ale taką operację robiliśmy tylko raz w roku, bo częściej, ze względu na odległość, nie wyjeżdżaliśmy.
Po ukończeniu uczelni dostaliśmy w Polsce przydziały do pracy w stoczniach. Do Szczecina trafił Jerzy Piskorz – Nałęcki, Henryk Ślązak i Jerzy Woźniakowski, a do Gdyni Zenek Stefański. Ja z Marianem Markowskim wybraliśmy Gdańsk, z tym, że on po pewnym czasie przeniósł się do Szczecina 2”.
1 Zenon Stefański, Wspomnienia, maszynopis.
2 Mieczysław Tokarz, ustna relacja, 12.05.2018 r.
Ślub i wesele
15 stycznia 1955 roku w Urzędzie Stanu Cywilnego w Skarżysku Kościelnym Zenon Stefański i Ala Jadwiga Sieczka zawarli ślub cywilny

Pan młody był wtedy jeszcze studentem. Ślub kościelny odbył się w tej samej miejscowości 22 lipca 1956 roku w kościele pod wezwaniem Świętej Trójcy, a udzielał im go proboszcz ksiądz Stanisław Maliński. Mój tata był już wtedy świeżo upieczonym inżynierem budowy okrętów. Wesele zorganizowano w domu panny młodej w Lipowym Polu Plebańskim.
Stoczniowe czasy
Zenon Stefański pracował w SKP na wyjątkowo wielu stanowiskach. Przyszedł tam po ukończeniu wyższej uczelni i po otrzymaniu nakazu pracy z Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego. Otrzymał angaż 1 czerwca 1956 roku na stanowisko konstruktora, zaś rok później został starszym konstruktorem. Był nim do 1 października 1958 roku, kiedy to awansowano go na Kierownika Oddziału Dokowego. 1 maja 1962 roku objął funkcję Kierownika Wydziału Dokowego. 1 października 1964 roku odwołano go z niej w związku z wypadkiem w stoczni i przeniesiono na stanowisko starszego konstruktora w Dziale Kadłubowym Biura Konstrukcyjnego. Przebywał na nim do końca października 1965 roku, a potem został starszym technologiem w PKT. Następny przydział służbowy mojego ojca, to Zastępca Kierownika Wydziału Obróbki Kadłubów (K–1) ds. produkcji. Był nim od 1 marca 1966 do 19 kwietnia 1967 roku. Kolejne jego stanowisko – starszy technolog prowadzący ds. kadłubowych w Dziale Technologii Kadłuba, a potem w Dziale Rozwoju Techniki. 1 lipca 1971 roku, to data przeszeregowania Zenona do funkcji specjalisty ds. kadłubowych, a 1 września 1973 roku, to data przeniesienia go do Działu Realizacji Rozwoju w Szefostwie Technicznym. Kierownikiem pracowni realizacji przedsięwzięć inwestycyjnych w Dziale Realizacji Rozwoju – Biurze Rozwoju Stoczni został on 1 lipca 1974 roku, a za 3 miesiące Kierownikiem Sekcji w tym Dziale. Kolejna zmiana stanowiska nastąpiła 1 kwietnia 1975 roku na specjalistę ds. kadłubowych w Dziale Rozwoju Produkcji Statków. 1 października 1977 roku ojciec objął funkcję specjalisty ds. postępu technicznego na Obróbce i Prefabrykacji Kadłuba w Dziale Postępu Technicznego (TPT), a 1 listopada następnego roku stanowisko specjalisty ds. licencji w Dziale Technik Wytwarzania i Postępu Technicznego (TTT). Specjalista starszy technolog od 1 grudnia 1983 roku, to kolejna jego nominacja służbowa w tym samym Dziale, natomiast ostatnie przeniesienie w czasie pracy w stoczni miało miejsce 15 lipca 1985 roku – na specjalistę ds. technik i technologii kadłubowej.










Powrót do Odessy
Przygotowania
– Halo, czy to Stocznia Gdyńska?
– Tak.
– Proszę z numerem 7630, z inż. Stefańskim z Szefostwa Technicznego.
– Tak, słucham.
– Łączę teraz pana z dr inż. Nałęckim, Szefem Biura Konstrukcyjnego Stoczni Szczecińskiej.
– Cześć Zenek! Mam dla Ciebie przyjemną wiadomość i propozycję.
Taki telefon otrzymałem w pierwszych dniach lutego 1976 roku. Kolega dr inż. Jerzy Piskorz – Nałęcki (patrz foto 1) poinformował mnie, że z okazji dwudziestolecia zakończenia naszych studiów, absolwenci wspólnie z dziekanem wydziału Budowy Okrętów Odesskiego Instytutu Morskiej Floty, organizują w końcu lutego 1976 roku sympozjum naukowe oraz spotkanie naszego rocznika. Jednocześnie proponują opracowanie i wygłoszenie referatu na temat osiągnięć produkcyjnych polskiego przemysłu okrętowego, ze specjalnym uwzględnieniem modernizacji i rozbudowy Stoczni Gdyńskiej, która w latach 1971–1976 ma poważne osiągnięcia. Inżynier Nałęcki przekazuje ponadto pozdrowienia od naszych radzieckich kolegów, zobowiązuje się do zorganizowania wyjazdu i za kilka dni potwierdzi, czy to jest aktualne i kto będzie uczestniczył w delegacji.
Rzeczywiście propozycja była ponętna. Na co dzień współpracowałem z przedstawicielami armatora radzieckiego budującego statki w naszej stoczni, w tym z dwoma kolegami, inżynierami – Aleksandrem 9 i Wiktorem Szczerbakowem, z którymi razem studiowałem. Mimo tego przez te dwadzieścia lat nie byłem w Związku Radzieckim ani służbowo, ani prywatnie. Obecna propozycja odwiedzin, to wspomnienie okresu studiów, jednego z najbardziej przyjemnych dla mnie okresów, to ponowne spotkanie z kolegami, koleżankami, profesorami, z ludźmi, których kiedyś znałem i polubiłem. Jest to jednocześnie okazja do przypomnienia pięknych krajobrazów znad Morza Czarnego, poznania po latach nowej techniki okrętowej i stoczni radzieckich.
Kilka dni szybko mi minęło na normalnej, stoczniowej pracy. Byłem przeświadczony, że z wyjazdu nic nie będzie, oczekiwany telefon spóźniał się. W końcu jednak 24 lutego otrzymałem zawiadomienie z Wydziału Współpracy z Zagranicą naszego Zjednoczenia, że jestem członkiem delegacji do Odessy i wyjazd z Warszawy przez Moskwę nastąpi za 3 dni. Jednocześnie należy opracować instrukcję wyjazdową dla siebie i dwóch kolegów ze Szczecina, inż. Henryka Ślązaka.


i inż. Mariana Markowskiego. Przygotować też trzeba referat w języku rosyjskim, a ponadto porozumieć się w sprawie wyjazdu między uczestnikami.
Szybko uzyskałem połączenie telefoniczne ze Szczecinem, poprosiłem inż. Ślązaka i od niego dowiedziałem się szczegółów. Z sześciu absolwentów, trzech pojedzie na sympozjum i spotkanie, przy czym ja mam wygłosić informację o rozwoju przemysłu okrętowego z uwzględnieniem ośrodka gdyńskiego i gdańskiego. On opowie o Stoczni Szczecińskiej, a inż. Markowski o działalności Politechniki Szczecińskiej. Kolega dr inż. J. P. Nałęcki (kandydujący do sejmu PRL), nie będzie mógł wyjechać ze względu na okres przedwyborczy. Inż. M. Tokarz, pełniący obowiązki dyrektora naczelnego Zjednoczenia Okrętowego, nie ma możliwości czasowych, a inż. J. Woźniakowski jest chory. Ze względu na dużą odległość ze Szczecina do Gdańska i brak czasu, powinienem sam szybko przygotować instrukcje, zatwierdzić i załatwić delegację w Gdańsku i Warszawie oraz pobrać dla wszystkich diety. Spotkamy się rano w piątek 27 lutego na lotnisku międzynarodowym w stolicy, skąd nastąpi odlot przez Moskwę do Odessy.
W drodze
Dzień minął mi na opracowaniu instrukcji i załatwianiu formalności wyjazdowych w Gdańsku. Dzięki pozytywnemu ustosunkowaniu się do tej sprawy dyrektora stoczni inż. Romana Bogacza, kierownika działu inż. B. Raczkowskiego oraz inż. J. Adamczyka z ZPO, formalności miałem w ciągu kilku godzin załatwione. Nocnym pociągiem udałem się do Warszawy. Tutaj w delegaturze ZPO pobrałem paszporty, bilety i diety oraz dzięki uprzejmości pani Filipowicz załatwiłem nocleg w Grand Hotelu. Wieczór miałem zajęty na wykończeniu tłumaczenia swojego referatu, tak że nie skorzystałem z uroków życia nocnej Warszawy człowieka na delegacji.
Nazajutrz rano pojechałem na Okęcie i tam spotkałem się z kolegami przebywającymi w umówionym miejscu. Uczciliśmy to zakrapianym śniadaniem w lotniskowej restauracji i wymianą uwag przed odprawą celną. Z nią nie mieliśmy żadnych kłopotów i szybko, bez otwierania walizek, przeszliśmy do pomieszczeń oczekiwania. Samolot Ił–62, rejs SW–102 o godz. 9.40, zapełniony do ostatniego miejsca, sprawnie wzniósł się do góry. Żegnaliśmy na 8 dni naszą pięknie odbudowaną i nowoczesną stolicę.
Po dwóch godzinach dolecieliśmy na lotnisko Szeremietiewo, skąd za pośrednictwem miejskiego autobusu, w tumanie padającego puchu śnieżnego, udaliśmy się na dworzec lotniczy Wnukowo–I. Moskwa witała nas gęsto padającym śniegiem. Szybko przejechaliśmy przez oczyszczone ulice miasta i załatwiliśmy w kasach „Inturistu” „bukowanie miejsc” na samolot do Odessy. Potem bardzo długo czekaliśmy na spóźniający się samolot. Zamiast o 20.00 wystartowaliśmy około godziny 24.00.
Atmosfera w samolocie była żywa, charakterystyczna dla południowych krańców Związku Radzieckiego. Za dwie godziny dotarliśmy do celu. Po dwudziestu latach byłem znów w Odessie, mieście okresu studiów z lat 1950– 1956. Odczuwało się tutaj przełom zimowo – wiosenny. Temperatura była w granicach zera stopni, pozostałości śniegu na ulicach i dość silny wiatr. Oczekiwanie na bagaż, a potem na możliwość dojazdu do hotelu miejskiego, zajęło nam blisko godzinę. Po trzeciej w nocy zjawiliśmy się w hotelu „Marynarz”, w dzielnicy „Arkadia”, znanej nam z dawnego pobytu. Jest to dzielnica kuracyjno – wypoczynkowa. Tutaj znajduje się słynny na cały świat „Instytut Oczny” imienia Fiłatowa, obecnie rozbudowany i świadczący swe usługi dla tysięcy radzieckich pacjentów i wielu obcokrajowców.
Zarezerwowane dla nas miejsca w hotelu zostały odwołane, ponieważ nie zjawiliśmy się na czas. Uzyskaliśmy jednak ładne pomieszczenie – tzw. „kwaterę lux”, z wszelkimi wygodami i oddzielnym salonikiem dostosowanym do przyjmowania gości lub przyjaciół. Pozostało nam kilka godzin na wypoczynek. W hotelu mieszkałem ja i M. Markowski, natomiast H. Ślązak pojechał do swojego teścia – Rosjanina, stoczniowca, obecnie na emeryturze, stałego mieszkańca Odessy. Rano na godzinę dziesiątą mieliśmy być obecni w Instytucie na sympozjum, a następnie spotkać się z kolegami, absolwentami Wydziału Budowy Okrętów z naszego roku. Będzie to spotkanie po dwudziestu latach.
Instytut Inżynierów Morskiej Floty
Pierwsze wrażenie, to ogromna zmiana w samym Instytucie. Dawny, dwupiętrowy wielki budynek, w którym przed rewolucją była pensja dla dobrze urodzonych panien, tzw. „Błagorodnych (szlachetnych) dziewic” ,


a potem od lat trzydziestych Instytut Inżynierów Morskiej Floty, został podwyższony o jedno piętro.

Dobudowano też nowoczesne skrzydło boczne, w którym znajdują się pomieszczenia naukowo – badawcze hydromechaniki i innych katedr. W dawnym parku znajdującym się przed Instytutem zbudowano nowoczesny dziewięciopiętrowy gmach, w którym znajdują się liczne sale wykładowe i administracyjne uczelni (patrz foto 35).
Ilość studentów dwukrotnie wzrosła, przy czym o ile dawniej było kilkudziesięciu studentów obcokrajowców (Polacy, Chińczycy i Rumuni), to obecnie jest ich kilkuset, w większości z krajów Afryki i Azji.
Przywitaliśmy się bardzo serdecznie z uczestnikami spotkania i naszymi kolegami z okresu studiów. Po wymianie pierwszych wrażeń wzięliśmy udział w obradach. Charakter spotkań był techniczno – naukowy, ale atmosfera gorąca i przyjacielska. Dotarło tu 26 osób z ogólnej liczby 49 z naszego rocznika.
Po południu zaś, z udziałem dziekana Wydziału Budowy Okrętów, zwiedziliśmy Instytut, basen teorii i hydromechaniki okrętu oraz laboratoria. Wspominaliśmy chwile tu spędzone, wykładowców, przygotowanie, pisanie i obronę pracy dyplomowej. Dwa dni później postanowiliśmy złożyć półoficjalne wizyty u dyrektora Instytutu oraz kilku profesorów, którzy przed ponad dwudziestu laty prowadzili z nami zajęcia i im zawdzięczamy w dużej mierze podstawowe wiadomości teoretyczne i praktyczne.

Szczególnie serdecznie wspominam profesora Kalenderiana, który przed laty wykładał nam „Mechanikę budowy okrętów” oraz „Wytrzymałość wiązań okrętowych”. Były to przedmioty trudne, ale też nadzwyczaj ważne w pracy stoczniowej, szczególnie dla konstruktorów.
Wspólnie z nami, przy wizytach i rozmowach, brał udział jako „cicerone” kolega ze studiów, inż. Wiktor Iwczyk, obecnie wykładowca w Morskim Instytucie. Po wspomnieniach z okresu studenckiego i pracy zawodowej przekazaliśmy kilka cepeliowskich podarków oraz czasopism z artykułami, które sami napisaliśmy. Były one o polskim przemyśle okrętowym, a także o współpracy pomiędzy okrętownictwem Polski i ZSRR. Uzgodniliśmy dalsze współdziałanie absolwentów z uczelnią. Zaproponowaliśmy nawiązanie współpracy naukowo – badawczej pomiędzy Instytutem Odesskim, a Politechniką Szczecińską oraz dalsze kontakty osobiste. Odesski Instytut Inżynierów Morskiej Floty jest uczelnią z kilkoma tysiącami studentów ze wszystkich republik radzieckich i jedną z piętnastu wyższych uczelni odesskich.
Przyjęcie

W pięknym hotelu „Czarne Morze” w jednej z jego sal restauracyjnych odbyło się wieczorem przyjęcie zorganizowane przez komitet organizacyjny spotkania. Wzięło w nim udział 26 absolwentów oraz zaproszeni goście, w tym dawny dziekan wydziału budowy okrętów profesor E. S. Owczarenko.
Na początku przewodniczący spotkania powiedział: „Witam kolegów zebranych ponownie razem – po dwudziestoletnim okresie pracy w różnych krajach, miastach i na różnych stanowiskach. Cieszymy się wszyscy, także wykładowcy, którzy raczyli przybyć na nasze spotkanie, że dzisiaj, w dwadzieścia lat po zakończeniu studiów, mogliśmy – prawie trzydziestu absolwentów Wydziału Budowy Okrętów Odesskiego Instytutu Inżynierów Morskiej Floty – spotkać się ponownie. Że możemy razem wspominać nasze studenckie, przyjemne pięciolecie, półroczny okres praktyki i obrony pracy dyplomowej, wspominać kolegów, którzy z różnych obiektywnych przyczyn nie mogli przybyć na nasze spotkanie i wznieść toast za ich zdrowie. Szczególnie cieszy nas to, że są wśród nas trzej nasi koledzy z Polski. Prosimy ich o przekazanie pozostałej trójce serdecznych pozdrowień od całego grona zebranych na dzisiejszej uroczystości”.

Spotkania. Foto ze zb. autora.

Wieczór był bardzo przyjemny, mnóstwo rozmów, wspomnień, wymiana wrażeń, wznoszenie toastów, tańce i zabawy, wymiana adresów i podarków, humorystyczne opowiadania i żarty, bruderszafty, chęci nawiązania bliższych kontaktów listowych lub osobistych, życzenia odwiedzin w Polsce i ZSRR. Postanowiliśmy, że za pięć lat, w ostatnią sobotę i niedzielę lutego 1981 r., w dwudziestopięciolecie ukończenia studiów, spotkamy się ponownie w możliwie największym gronie. Nasz kolega inż. Borys Matkowski.
pełniący obowiązki przewodniczącego komitetu organizacyjnego spotkania, został z aplauzem poproszony o pełnienie na następne pięć lat tej zaszczytnej funkcji. Inżynier A. Kaganow, jeden z najbardziej wesoło usposobionych uczestników spotkania, pełnił do rana funkcję koordynatora dalszych różnorodnych poczynań. Każdy z absolwentów omówił w kilku zdaniach swe służbowo – prywatne losy w dwudziestoleciu. Wspominano o nieobecnych kolegach, ich miejscach pracy i zamieszkania od Murmańska do Sachalina, od Tallina do Odessy i szeregu innych miast rozległego Kraju Rad. Mówiliśmy dużo o rozwoju przemysłu okrętowego i floty, w rozbudowie której większość z nas bierze czynny udział i o wielu innych sprawach.
Okazało się, że najbardziej męskim jest kolega Kaganow – ojciec trzech synów, bo pozostali byli skromniejsi. Z trzech absolwentek dwie (inż. Sazykina i Małachowa) były obecne na spotkaniu, a trzecia, inż. Ludmiła Dowżuk, nie mogła przybyć do Odessy.



Foto nr 42, 43, i 44. Od lewej L. N. Sazykina; L.F. Dowżuk i G.S. Małachowa, koleżanki ze studiów w Odessie. Absolwentki tej samej uczelni, co Z. Stefański. Fotki ze zb. autora.
Mimo tego uczestnicy spotkania poświęcili jej wiele ciepłych słów.
Uroczyste przyjęcie zakończyło się dopiero nad ranem, z postanowieniem spędzenia niedzielnego popołudnia na zwiedzaniu miasta.
Miasto
Odessa powstała w 1794 r. Pamiętna dla wielu z filmu Siergieja Eisensteina „Pancernik Potiomkin”, przedstawiającego powstanie rewolucyjne marynarzy rosyjskich w 1905 r. oraz kaskadę stopni słynnych schodów prowadzących do portu morskiego.

Stąd codziennie odpływają do wielu krajów statki z bogactwami eksportowego przemysłu i rolnictwa radzieckiego. Przybywają zaś z urządzeniami przemysłowymi, surowcami, owocami i wyrobami przemysłu lekkiego dla ludności. Port zmechanizowany i unowocześniony w latach władzy radzieckiej podtrzymuje handlową współpracę z 80 krajami świata.
Stąd odpływają statki pasażerskie jak „Białoruś” i „Rossija” (na którym to odbywałem morską praktykę w rejsach od Odessy do Batumi wzdłuż brzegów Krymu i Kaukazu). W tych okolicach tysiące ludzi odpoczywa i leczy się w wielu sanatoriach i domach wczasowych, rozkoszując się pływaniem w ciepłych falach Morza Czarnego. Tutaj próbuje się znakomite wina krymskie „Muskat” i koniaki „Armeńskie”. Nadmorski bulwar z pomnikiem poety A. Puszkina i dziewiętnastowiecznymi budynkami lśniącymi bielą i ozdobami, z hotelem „Odessa” zwanym dawniej „Londyńskim”, pozostał uroczym zakątkiem, miejscem spacerów i wypoczynku.
W pobliżu znajduje się najpiękniejsza budowla miasta, słynna „Opera”, zbudowana w latach 1884–1887. Piękny, olbrzymi gmach, niedawno całkowicie odnowiony, z wielką salą i z pięcioma piętrami balkonowych loży, ze wspaniałymi ozdobami, kryształami, oświetleniem, malowidłami i rzeźbami. To prawdziwa sztuka i piękno, jedno z nielicznych w świecie.

Pamiętam jak w okresie studiów często odwiedzałem odesską operę. Obecnie z wewnętrznej potrzeby, ciekawości i chęci zobaczenia jak wygląda po latach, szczególnie po odbudowie, byłem z kol. Markowskim na balecie „Giselle”. Pięknie wystawiony balet, znakomici tancerze i tancerki, świetna muzyka, naprawdę śliczny wygląd wnętrz teatralnych, spokojna i inteligentnie reagująca publiczność. Był to w sumie wieczór spędzony przyjemnie i kulturalnie.
Główną handlową ulicą jest „Deribasowskaja”, która mimo pewnej modernizacji zachowała nadal swój typowy odesski i handlowy charakter. Tu znajdują się historyczne pamiątki kultury i pobytu sławnych ludzi. Mieszkali tu pisarze i poeci – Kuprin, Katajew, Rabel, Paustowski, Ilf i Pietrow. Tu przebywał Adam Mickiewicz. Do dnia dzisiejszego na budynku, w którym mieszkał, znajduje się marmurowa tablica z napisem, że w tym domu „mieszkał i tworzył wielki polski poeta Adam Mickiewicz”.
Gościł w Odessie Czajkowski, Gogol, Gorki i inni słynni artyści i literaci. Na sąsiedniej ulicy „Puszkińskiej” w początkach XIX wieku (1823–1924 r.) mieszkał i pisał największy poeta Rosji, Aleksander Puszkin.
Ulicą „Puszkińską” docieramy do dworca kolejowego, którego charakterystyczny budynek z białą kopułą poznaję natychmiast. W okresie studiów byłem tu częstym gościem. Wraz z innymi studentami braliśmy udział w jego budowie, był dla nas wielokrotnie miejscem powitań i pożegnań w podróżach wakacyjnych do Polski.

W pobliżu dworca mieszkali dwaj nasi koledzy, których domy odwiedziliśmy. Był to Aleksander Zubakin, z którym przez trzy lata mieszkałem w jednym pokoju w akademiku oraz Borys Matkowski, obecnie pracownik Morskiego Rejestru. On to zaprosił naszą trójkę i kilku kolegów na wieczór wspomnień. Wszędzie serdecznie witani i przyjmowani z prawdziwą rosyjską szczerą gościnnością, zgodnie z przysłowiem „czym chata bogata”.
Obiektywnie należy przyznać, że nastąpił duży wzrost stopy życiowej ludzi radzieckich. Jest wiele żywności i towarów przemysłowych, wybór z pewnością większy, niż w naszym kraju. Wybudowano tutaj nowe dzielnice mieszkaniowe z blokami od 12 do 16 pięter, z wygodnymi mieszkaniami, dużo nowoczesnych, szerokich ulic i alei. Powstały nowe fabryki, sklepy, magazyny i urzędy, rozwinęła się komunikacja trolejbusowa, autobusowa i lotnicza.
Ponad milionowa Odessa zapewnia swoim mieszkańcom dogodne warunki pracy w porcie i żegludze, w stoczniach remontowo – produkcyjnych, w nowoczesnych fabrykach maszyn i urządzeń dźwigowych, w szkołach i wyższych uczelniach, w studio filmowym, w handlu i usługach dla ludności. W siedemdziesięciu sanatoriach leczą się i wypoczywają ludzie ze wszystkich republik radzieckich. W jednym z nowoczesnych zakładów pracy, w stoczni remontowej w Iljiczewsku w nowym osiedlu portowym, byliśmy gośćmi radzieckich robotników.
Dzięki uprzejmości i staraniom naszego kolegi, inż. Arnolda Junitera, pracownika Towarzystwa Klasyfikacyjnego Nadzoru Budowy i Eksploatacji Statków „Morskoj Registr ZSRR”, zwiedziliśmy ten nowoczesny zakład pracy. Stocznia specjalizuje się w remoncie wielkich statków handlowych. Ponadto w ramach luzów produkcyjnych buduje stalowe doki pływające oraz wodoloty.
Każdy człowiek żyjąc pracuje, uczy się, wypoczywa, załatwia swoje i cudze sprawy, spożywa posiłki i śpi. Dlatego też w czasie tego kilkudniowego pobytu mogliśmy porównać życie przeciętnego człowieka, jak je widzi przybysz z perspektywy lat dwudziestu, po nabraniu doświadczeń i zwiedzeniu kilku krajów Europy. Ja osobiście byłem kilkakrotnie w Skandynawii (Szwecja, Norwegia, Finlandia, Dania), w Wielkiej Brytanii, Holandii i Niemczech Zachodnich oraz w krajach demokracji Ludowej (Czechosłowacja, NRD, Węgry), a kolega Henryk Ślązak bywał ponadto służbowo w Indonezji i kilku krajach Azji i Ameryki. Istniały dla nas duże możliwości porównań przemysłu okrętowego i żeglugi, jaka nas najbardziej interesowała z inżynierskiego punktu widzenia, jak też kultury, sztuki czy poziomu życia ludności.
Związek Radziecki obchodził w 1976 r. swą 60 rocznicę zwycięstwa rewolucji socjalistycznej, jest przodującym państwem demokracji ludowej, posiada olbrzymie osiągnięcia przemysłowo – ekonomiczne, jest jednym z najbogatszych i najpotężniejszych państw świata pod każdym względem. Oczywiście te osiągnięcia nie przyszły łatwo, były twardo wywalczone krwią robotników i chłopów radzieckich, szczególnie w latach I i II wojny światowej.
Pamiętam dobrze kilka dni przed wyzwoleniem Skarżyska – Kamiennej, miasteczka gdzie pracowałem na kolei w latach 1943–1945. Na początku stycznia 1945 r. samoloty radzieckie zbombardowały dworzec kolejowy i przez przypadek pociąg, w którym zamknięci w towarowych wagonach byli jeńcy radzieccy i więźniowie polscy. Kilka wagonów spłonęło. Zginęło również kilkudziesięciu jeńców i więźniów. 17.01.1945 r. doczekałem się wyzwolenia przez Armię Czerwoną.
Pobyt w latach 1950–1956 na studiach w Odessie z możliwością poznania Moskwy, Kijowa, Leningradu, Krymu, Kaukazu, wsi i kołchozów radzieckich oraz obecny tylko tygodniowy pobyt, po dwudziestu latach dają pole do myślenia i porównań. Można stwierdzić, że lata władzy radzieckiej zostały dobrze wykorzystane dla rozwoju mocy przemysłowo – ekonomiczno – obronnej Kraju Rad. Ludzie stali się wykształconymi, wykwalifikowanymi i kulturalnymi. Ogólnie powodzi im się z każdym rokiem coraz lepiej. Mają pracę, zarobek i możliwość wypoczynku oraz rozrywki, czego nie można powiedzieć o wielu krajach i obywatelach państw Europy Zachodniej. Kultura, sztuka i oświata dostępna jest w jednakowym stopniu dla wszystkich obywateli radzieckich. Mają oni równy start i możliwości zależne tylko od charakteru i zaangażowania. Nie ma tutaj biedaków i krezusów, a realne dochody ludności podwajają się co 15 lat.
Obecnie ZSRR daje ponad 20% światowej produkcji przemysłowej, a w 1917 r. carska Rosja wytwarzała tylko 3%. Sklepy są zaopatrzone w podstawowe produkty żywnościowe i przemysłowe. Istnieje wiele wyrobów przemysłu optycznego, zegarmistrzowskiego, motoryzacyjnego, złotniczego itp. o wysokich walorach użytkowych i zdobniczych. Chleb, wędlina, masło, cukier, komunikacja, mieszkania, urządzenia radiowo – telewizyjne i wyroby złotnicze są w każdym realnym przeliczeniu stosunkowo tanie i dostępne. Zarobki od 120 do 600 rubli są mniej zróżnicowane, niż w krajach zachodnich, a nawet niektórych państwach demokracji ludowej. Istnieją szerokie możliwości turystyki po wielkim Związku Radzieckim i za granicą, tak samochodowej (tania benzyna), jak i samolotowej, gdyż radzieckie odrzutowce docierają wszędzie.
Odwiedziliśmy szereg sklepów z ciekawości i dla porównania ich zaopatrzenia przed laty lub z podobnymi sklepami w Polsce oraz by zakupić drobiazgi – podarunki do kraju. Restauracje jakie odwiedziliśmy, to jest „Teatralna”, „Kaukaska”, „Ukraina”, hotele „Krasnaja” i „Marynarz” (w którym mieszkaliśmy) miały zawsze dobre zaopatrzenie tak w smaczną rosyjską, ukraińską czy gruzińską żywność, jak i w szeroki asortyment napoi. Podobnie jest w sklepach spożywczych i domach towarowych.
W przeddzień odlotu z Odessy postanowiliśmy urządzić w naszym hotelowym pokoju wieczorek pożegnalny dla kolegów oraz podziękować im za gościnę. Wieczorek miał być wybitnie męskim, zaprosiliśmy kilku kolegów, mieszkańców Odessy.
Pożegnanie i powrót
Pożegnania nie są tak przyjemne jak powitania, no ale wszystko nawet najlepsze zbliża się do końca. Trzeba było wracać do ojczyzny, pracy i rodziny.
Podstawowe zakupy na wieczorek pożegnalny robiliśmy w sąsiednim samoobsługowym sklepie spożywczym. Odbyły się one szybko i sprawnie. Był duży wybór wszystkiego co chcieliśmy. W naszym hotelowym saloniku mieliśmy całą zastawę stołową na 10 osób. Radio, telewizor i łączność telefoniczna gwarantowała nam przyjemne spędzenie tego ostatniego wieczoru. Znając charakter, przyzwyczajenia i upodobania naszych kolegów oraz ich poczucie gościnności, chęć wygadania się i dyskusji, spodziewaliśmy się, że wieczorek przeciągnie się co najmniej do północy. Ponieważ jestem najstarszym z naszej trójki, to czyniłem honory gospodarza. Dlatego też miałem najwięcej pracy tak w czasie wieczorku, jak i po jego zakończeniu.
Pierwszy przybył Henryk Ślązak, by nam pomóc w przygotowaniach. Przyniósł butelkę koniaku gruzińskiego jako swój wkład. Za nim kolejno przychodzili następni koledzy: Paweł Sazykin – główny technolog z Odesskiej Stoczni Remontowej, w której to przed laty odbywaliśmy praktykę stoczniową, Aleksander Timoszenko – projektant z Biura Konstrukcyjnego, Borys Matkowski, Feliks Malkow, Jerzy Sokirko i Arnold Juniter – inspektorzy z Morskiego Rejestru, Wiktor Iwczyk – wykładowca z Morskiego Instytutu, Igor Matwiejew ze Stoczni Chersońskiej, Michał Pomagajew z Okrętowego Instytutu Obliczeniowego w Odessie.
Każdy z nich czuł się zobowiązany przynieść ze sobą jakiś przysmak, oczywiście zakrapiany. Tak więc znalazły się specjalne, a nam nawet nie znane grzyby syberyjskie, rosyjskie ogórki małosolne, torty i cukry czekoladowe, szampan biały i czerwony, wino mołdawskie i koniaki armeńskie. Zapowiadał się długi wieczór wspomnień i dyskusji przy mocno zakrapianym stole.
Jak na każdym pożegnalnym wieczorku, nie mogło się obyć bez toastów, których głównym motywem była nasza przyjaźń osobista i międzynarodowa w ramach krajów demokracji ludowej. Niektórzy z kolegów przebywali w Polsce i zagranicą (Austria, Japonia, Jugosławia, Węgry), szczególnie przy nadzorze nad budową statków dla armatora radzieckiego. Mogliśmy swobodnie i szczerze porozmawiać, nie tylko jak koledzy, ale i jako inżynierowie zajmujący się zbliżoną gałęzią przemysłu–okrętownictwem. W dniu tym wysłuchałem wiele pozytywnych opinii o dobrej jakości i produkcji naszego przemysłu okrętowego, dobrej pracy i uprzejmości stoczniowców, o ich twardych postawach w trudnych okresach grudnia siedemdziesiątego roku, o rozwoju przyjaźni i współpracy polsko – radzieckiej i wielu innych sprawach. Były również uwagi krytyczne, my do nich, oni do nas, ale to był margines spraw. Ogólnie byliśmy zadowoleni, a większość uważała, że wybrany kierunek studiów i pracę w tym zawodzie należy ocenić pozytywnie.
Innym z tematów dyskusji były sprawy produkcyjne. Tutaj większość z kolegów przyznała, że budownictwo statków handlowych stoi w Polsce bardzo wysoko, przemysł jest naprawdę nowoczesny i ciągle się rozwija. Wiele uwagi poświęcono największym statkom budowanym w Polsce dla ZSRR, tak zwanym „OBO – 105 000”, pływającymi pod imionami marszałków „Budionnego”, „Rokossowskiego” i „Żukowa”, które chociaż początkowo miały drobne mankamenty, są już bardzo dobre w eksploatacji. Statki te porównywaliśmy z największym zbiornikowcem produkcji radzieckiej „Krym”, o nośności 150 000 ton, uznając oba typy statków za wielki wkład w rozwój przemysłu okrętowego i floty.
Rozmowy miały charakter produkcyjny i osobisty, z humorem i przyśpiewkami z odeskiego, ukraińskiego lub rosyjskiego folkloru, z czastuszkami na tematy intymno – obyczajowe lub opowiadania krótkich humorystycznych zdarzeń.
Nazajutrz spakowaliśmy walizki, pożegnaliśmy się z obsługą hotelu, która odnosiła się do nas bardzo życzliwie, nie zważając na późne powroty nocne lub zbyt głośne dyskusje. Uznali widocznie, że po dwudziestu latach spotkanie w gronie „odessitów”nie może przebiegać zbyt poważnie i cicho. A więc taksówka, żegnaj „Arkadio” i odjazd w godzinach rannych do portu lotniczego. On zaś tak jak powitał nas przed tygodniem słowami „witamy”, tak obecnie żegna słowami „do zobaczenia”. Szybkie załatwianie formalności, oddanie bagażu i krótkie oczekiwanie na samolot.
Kilku kolegów przyszło na lotnisko pożegnać naszą trójkę. Przybyli: P. Sazykin, J. Sokirko, A. Timoszenko, W. Iwczyk i A. Juniter, co bardzo dobrze świadczy o ich przyjaźni i gościnności. Ostatnie uściski dłoni, życzenia dobrej drogi, rosyjskie życzliwe powiedzenie „ni pucha, ni piera” i samolotem TU– 104 w powrotną drogę. Podróż trwała krótko. Postanowiliśmy zatrzymać się w Moskwie.
Stolicę Kraju Rad poznałem przed dwudziestu sześciu laty. Jesienią 1950 r. przebywałem tu kilka dni w oczekiwaniu na wyjazd na studia do Odessy. Oczywiście ćwierćwiecze, to długi okres i stolica Kraju Rad w tym czasie podwoiła swą liczbę ludności do około 7,8 mln. Rozrosła się do 90 000 ha powierzchni i jest głównym ośrodkiem administracyjno – polityczno – naukowym oraz największym w ZSRR węzłem komunikacji kolejowej, lotniczej i samochodowej. Dzięki rozbudowanej sieci rzek i kanałów Moskwa jest portem pięciu mórz, to jest Bałtyckiego, Białego, Czarnego, Azowskiego i Kaspijskiego. W dniach naszego pobytu odbywał się XXV Zjazd KPZR, miasto było pięknie udekorowane i iluminowane, panował wielki ruch w ośrodkach kulturalno – wypoczynkowych oraz w komunikacji lotniczej.
Moskwa już obecnie żyje przygotowaniami do Igrzysk Olimpijskich 1980 r. Wystawia się makiety przyszłego Centralnego Stadionu na Łużnikach. Obecnie liczy on 103 000 miejsc. Po całkowitej modernizacji ten olbrzymi stadion otrzyma dach, a jego mała arena przekształci się w Pałac Sportu z widownią na 10 000 miejsc. Liczymy też, że ktoś z nas odwiedzi Moskwę w dniach olimpiady. Moskwa to ośrodek przemysłowy z 1 500 dużymi zakładami. Specjalizuje się w przemyśle precyzyjnym, maszynowym i samochodowym. Ta najbardziej zielona stolica z 84 parkami, 700 skwerami i 100 bulwarami, miejscami spacerów i wypoczynku, liczy 830 lat.
Wśród ośrodków godnych szczególnie zwiedzenia i obserwacji, główne miejsce zajmuje wielki Plac Czerwony z Kremlem (z XV w.), ze specyficzną architekturą, wręcz bajkową cerkwią Wasyla Błogosławionego, jak również nowoczesny, na miarę XX wieku, prospekt imienia Kalinina, nowe centrum handlowo – administracyjne. Dla turystów jest zmiana wart. Od kremlowskiej Spasskiej Baszty miarowym krokiem wychodzi kolejna zmiana wartowników. Obserwowana jest w ciszy i skupieniu przez tłum turystów i moskwiczan. Idą przy kremlowskim murze wzdłuż zielonych świerków, zimą przykrytych białym całunem śniegu. Warta przechodzi pod „Mauzoleum Lenina” i w momencie gdy nieruchomieje, zaczynają bić kuranty, głos ich cichnie, żołnierze zamieniają się miejscami i orszak wartowniczy przemierza miarowym krokiem drogę powrotną do wartowni.
Najpiękniej wygląda zmiana warty zimowym, śnieżnym wieczorem, gdy na placu oświetlonym smugami różnokolorowych reflektorów, odbywa się ten balet cieni. Służba w oddziałach wartowniczych jest zaszczytnym wyróżnieniem dla radzieckich żołnierzy. Widziałem zmiany warty przed pałacami królewskimi w Londynie i Kopenhadze, lecz uważam, że najbardziej interesująca jest w Moskwie.
Odwiedziny w Mauzoleum Lenina, to jeden z rytualnych obowiązków każdego turysty. Byłem tu przed dwudziestu sześciu laty, odwiedziłem również mauzoleum obecnie. Kilkusetmetrowa kolejka tworzy się na Placu Czerwonym. Wielu obywateli Kraju Rad przy każdym pobycie w stolicy oddaje hołd wodzowi socjalistycznej rewolucji, my uczyniliśmy to również.


Jeszcze kilka godzin zwiedzania Moskwy i wieczorem odjazd na lotnisko Szeremietiewo, skąd bez żadnych przygód celnych do samolotu zapełnionego podróżnymi, głównie turystami. Na twarzach ich znać ślady zmęczenia i oczekiwania na samolot lub wylewnego, z zakrapianiem, pożegnania. Dzięki różnicy czasu między Moskwą, a Warszawą, praktycznie o tej samej godzinie byliśmy na naszym Okęciu. Następnie taksówką na Dworzec Wschodni, skąd odjechaliśmy do Szczecina i Gdyni, z powrotem do stoczniowej pracy.
1 Zenon Stefański, Wspomnienia, maszynopis.
Ponownie w Moskwie
Służbowo przebywałem w Moskwie w dniach 27.03.1979 – 08.04.1979 w związku z budową nowoczesnych statków typu „RO–RO” dla armatora norweskiego. Wspólnie z rzecznikiem patentowym, moim kolegą inż. Mieczysławem Śmiejakiem, przeprowadzaliśmy tak zwane badania na „czystość patentową” w Bibliotece Techniczno – Patentowej w Moskwie, gdyż zbiory radzieckie są pełne, należycie przygotowane i udostępnione do wglądu nie tylko dla zainteresowanych pracowników ZSRR, ale i dla innych.


Wyjazd z Warszawy z lotniska na Okęciu, lot nr 171, godz. 16.50 według planu, normalny dzień wtorkowy. Po dłuższym oczekiwaniu i kontroli paszportowo–celnej, udajemy się do autokaru dowożącego pasażerów do oczekującego Ił 62 („Adam Mickiewicz”). Podjechaliśmy pod samolot i czekamy 20 minut. Widzimy jakieś zamieszanie, minęła godzina odlotu. Pod samolot podjeżdża samochód z milicją, wojskowymi, urzędnikami „LOT”. Widzimy jak wyprowadzono jakiegoś cywila do samochodu i poddano go rewizji. Nasz autokar powraca na dworzec lotniczy, otrzymujemy karty tranzytowe. Na temat tego zdarzenia nie dostaliśmy żadnych oficjalnych informacji lub wyjaśnień. Po godzinie jedziemy z powrotem pod samolot, następuje ponowne rozpoznanie własnych (wyładowanych z samolotu) bagaży, ponowny załadunek i nareszcie start. Jesteśmy opóźnieni o dwie godziny, wszystkie te czynności wykonano ze względu na nasze bezpieczeństwo. Pierwszy dla mnie tego rodzaju przypadek, czyżby to była próba porwania lub sabotażu? Lecz jak w czeskim filmie – „Nikt nic nie wie”. Może to i lepiej, najważniejsze, że znaleźliśmy się niebawem w Moskwie i przed północą dotarliśmy do hotelu „Bukareszt”, miejsca 12 – dniowego pobytu.
Jestem po raz trzeci w Moskwie, mamy stosunkowo dużo czasu (trzy pełne dni) oraz wolne popołudnia i wieczory. Pogoda jest znośna, w granicach 2–4 oC, pozwala na dłuższe spacery, zwiedzanie ciekawych miejsc i rekreację.
Miejsce działalności służbowej, to Wszechzwiązkowa Techniczna Biblioteka Patentowa. Jest to wielki, pięciopiętrowy budynek z 500 miejscami do studiowania, z możliwością przeglądania dorobku patentowego z całego świata. Naszym zadaniem było zbadanie czystości patentowej na specjalistyczne statki – promowce i kontenerowce budowane dla Norwegii. Ta żmudna, lecz ciekawa praca dzięki dobrej organizacji i pomocy uczynnego personelu, została przez nas dokładnie wykonana. Znaleźliśmy potrzebne patenty i zrobiliśmy ich odbitki kserograficzne.
Główne zadanie niemal każdego przybysza do Moskwy, to zwiedzanie centrum z Kremlem i jego okolicami lub wyruszenie dalej przy użyciu nowoczesnego i wygodnego środka lokomocji, jakim jest moskiewskie metro.
Na Kremlu byłem kilkakrotnie. Historia jego jest na ogół znana. Widziałem baszty: Troicką, Nikołowską i Spasską, kilka różnych cerkwi wewnątrz Kremla, słynny sobór Wasyla Błażennego na Placu Czerwonym oraz nowoczesny Pałac Zjazdów.
Ciekawymi obiektami sztuki i rzemiosła rosyjskiego są słynne „Car–puszka” i „ Dzwon” olbrzym, wielkie zegary na baszcie „Spasskiej”, o średnicy 6,12 m, z mechanizmem napędowym ważącym 25 ton. Donośny głos wybijanych godzin i kwadransów oraz oświetlenie tarczy zegarów i wielka rubinowa gwiazda na szczycie iglicy baszty są widoczne i słyszalne z dużych odległości. Ze swego pokoju w hotelu „Bukareszt” widzę basztę i mogę odróżnić wskazówki wielkiego zegara (duża wskazówka złotego koloru ma 3,12 m długości).
Nowy i olbrzymi „Pałac Zjazdów” zwiedzałem dwukrotnie. Pierwszy raz z dniu 03.04.1979 r. na uroczystym otwarciu „Dni Polskich 79 r.”, gdy wystawiono „Kantatę polską” z udziałem wielu znakomitych naszych artystów, takich jak: aktor Gustaw Holoubek, dyrygent Jerzy Katlewicz, skrzypek Konstanty Kulka, pianista Krystian Zimerman, kompozytor i wokalista Czesław Niemen, piosenkarka Maryla Rodowicz i inni.
W Pałacu Zjazdów, w Filharmonii im. Czajkowskiego, na wystawie w Meneżu i w wielu teatrach, wszędzie byliśmy jako Polacy bardzo serdecznie przyjmowani.
Pałac Zjazdów, olbrzymi i nowoczesny budynek na 6,5 tysiąca miejsc, został wkomponowany w inne budowle Kremla, jest jakby wpuszczony na 22 metry głębokości, z olbrzymią sceną, salami przyjęć i wielką halą bankietową. Stanowi wielkie osiągnięcie nowoczesnej radzieckiej architektury XX wieku.
Liczne i ciekawe muzea, jak „Muzeum Historyczne”, „Muzeum Lenina”, „Muzeum Majakowskiego”, „Muzeum Armii Radzieckiej” i inne, pokazują nam dorobek Republik Radzieckich. Nowoczesny prospekt Kalinina, to olbrzymie wysokościowce, wielkie magazyny i sklepy przewyższające pod względem wielkości i zaopatrzenia „Domy Centrum” w Warszawie. Rozmach w budowie dróg, skwerów oraz urządzeń publicznych i sportowych świadczy, że zbliżamy się do otwarcia XXII Letniej Olimpiady, święta sportowców całego świata. Tuż przy Placu Czerwonym znajduje się słynny „GUM” (Gławnyj Uniwersalnyj Magazin), zbudowany jeszcze w zeszłym wieku oraz nowy, wielki hotel „Rossija”, w którym znajdują się tysiące pokoi dla gości, olbrzymie restauracje, sale koncertowo – teatralne i kinowe.
Młodzi małżonkowie, Moskwiczanie, mają zwyczaj po zakończeniu uroczystości ślubu cywilnego udawać się na Plac Czerwony i składać wiązankę kwiatów pod pomnikiem przeznaczonym dla poszczególnych miast bohaterów lub miejscem symbolicznego spoczynku nieznanego żołnierza. Jest to piękny, tradycyjny zwyczaj, a młoda para z wiązanką kwiatów jest mile witana i często oklaskiwana przez uczestników zaślubin i zwykle licznie zgromadzonych turystów.
Te kilka dni minęło nam na zwiedzaniu oraz poznawaniu uroków i ciekawostek stolicy Kraju Rad – Moskwy 1”.
1 Zenon Stefański, Wspomnienia, maszynopis.
Operacja udana, ale pacjent zmarł
Przed operacją
Ojciec był hospitalizowany w sumie 12 razy. 31 sierpnia 1984 roku z powodu zawału serca w ciężkim stanie znalazł się w Szpitalu Miejskim w Gdyni. Jednocześnie miał już wtedy zmiany w płucach – niepokojący naciek, kaszel i duszności. Ten naciek – mała kulka w prawym płucu – jak sam napisał i narysował w terminarzu, to był jego przysłowiowy gwóźdź do trumny. Lekarze podejrzewali, że może to być nowotwór i namawiali go na operację. Tata był też za tym, bo bardzo źle się czuł i miał nadzieje na poprawę.
Ja mieszkałem cały czas w Radomsku, bo tam się ożeniłem. Dość rzadko bywałem w Gdyni. Częściej jeździłem do dziadków, do pobliskiego woj. świętokrzyskiego. Gdyby rodzice więcej informowali mnie o stanie zdrowia taty, to wyglądało by to inaczej. Później mama mówiła, że nie chciała mnie denerwować tymi sprawami, ponieważ miałem swoją pracę, żonę, dzieci.
Ojcem zajmowała się więc jego małżonka Ala Stefańska. 31 sierpnia 1985 roku pojechała na konsultację do prof. dr hab. Tadeusza Kielanowskiego (1905–1992), wybitnego polskiego uczonego i lekarza, znawcy chorób płuc (fot.7). Opowiadała mi, że profesor mieszkał w Gdańsku w wieżowcu, winda była zepsuta, na dworze upał, a ona ledwo żywa musiała się wdrapywać na wysokie piętro. Przyjął ją w domu, choć sam był chory. Obejrzał wszystkie zdjęcia RTG i wyniki badań, po czym stwierdził, iż absolutnie odradza operację, bo ojciec jest tak schorowany, że tego nie przeżyje. Powiedział także, że w tym miejscu nowotwór trafia się niezwykle rzadko. Ojciec będzie kasłał, chrząkał, smarkał, ale będzie żył, jeśli się nie zoperuje. Za wizytę wziął jedynie kwiaty i życzył mamie, żeby udało jej się ojca o tym przekonać.
Operacja i zgon
Żona nie przekonała męża do zaniechania operacji. Ten uparł się przy swoim. I tak 3 września 1985 roku został przyjęty do Instytutu Chirurgii – Kliniki Chirurgii Klatki Piersiowej, Serca i Naczyń (kierowanej wtedy przez prof. Zbigniewa Paplińskiego), a znajdującego się przy Akademii Medycznej w Gdańsku, ul. Dębinki 7. 9 września podpisał zgodę na operację, która odbyła się nazajutrz rano.
Ala Stefańska, moja mama, tak pisała zaraz po tym fakcie w liście do swych rodziców: „To jest człowiek uparty i to głupio, beznadziejnie uparty. Jakby jakiś diabeł w niego wstąpił, tak samo było, gdy jechał w tą delegację do Wrocławia, jak ja go prosiłam, błagałam, żeby nie jechał, bo jest zaziębiony i przyjechał z zapaleniem płuc i się odtąd zaczęło piekło z płucami. Teraz tak samo. On idzie się operować i koniec i żadne argumenty do niego nie docierają. Chciałam jeszcze jechać do Warszawy do jednego sławnego chirurga od płuc na naradę, ale Zenek nie chciał, on się tylko chciał operować. Ogarnęła mnie wściekłość na taką głupotę, no ale przecież nie będę się z głupim bić. Ja bym się tak nie denerwowała, gdyby to wszystko nie spadło mi na łeb, a ja przecież nie mam zwyczajnie siły, ileż to lat można to wszystko znosić. Teraz jeżdżę do Akademii do Gdańska, to mi zajmuje sam dojazd 3 godziny w obie strony. Przez 8 dni byłam w szpitalu codziennie, a po operacji oprócz tego, że w południe byłam osobiście, to rano o 6–tej dzwoniłam i o 8–mej wieczorem też dzwoniłam, co tam się dzieje. Zenek jest po operacji, samą operację zniósł dość dobrze, ale tak mu się rozhuśtała cukrzyca, że wcale nie mogą jej wyrównać w szpitalu. No ale już trochę łazi, ale jest słaby i mówi, że jeżeli nie będzie komplikacji, to go mają wypisać za 2 dni. Moim zdaniem za wcześnie, bo jest naprawdę słaby.”
Początkowo po operacji ojciec czuł się nieźle. Okazało się też, że w pobranym wycinku nie było zmian nowotworowych. 23 września został przeniesiony do (pełna nazwa): Państwowy Szpital Kliniczny Nr 1 – Instytut Chorób Wewnętrznych – II Klinika Chorób Wewnętrznych, Gdańsk, ul. Dębinki 7, a więc też przy Akademii Medycznej. Z czasem zaczęło być jednak coraz gorzej, aż do 27 września, kiedy to stracił przytomność. Długa reanimacja nic nie pomogła. Zmarł.
Po śmierci mojego ojca
Mama nie zgodziła się na sekcję zwłok. Miała z tym wiele kłopotów, bo chciano ją zrobić na siłę. Poszła w końcu do samej Rektor Akademii Medycznej prof. dr hab. med. Barbary Krupy – Wojciechowskiej. Była ona także wysoką działaczką partyjną (na szczeblu KC PZPR), więc wszyscy tam przed nią drżeli. Pani profesor, która rozmawiała z mamą prawie godzinę, była bardzo miła i wyrozumiała. W tym przypadku było pewne ryzyko, ale podejrzewaliśmy nowotwór i pewność diagnozy dawała tylko operacja oraz zbadanie wyciętego fragmentu tkanki. Mężczyźni zaś i tak rzadko kiedy słuchają żon – stwierdziła. Podała przykład ze swym mężem. Chciał on też coś operować u siebie, choć nie było to takie konieczne i ona była temu przeciwna. No ale jak pojechała do Warszawy do KC, to on to wtedy zrobił. Gdy wróciła ze stolicy, to powitali ją pracownicy wiadomością, że operowali jej męża na jego wyraźne żądanie. Ja z kolei się tu dziwię, bo skoro profesor była taka groźna, to dlaczego oni tak postąpili bez jej wiedzy?
Pani Rektor wyraziła zgodę, żeby nie robiono ojcu sekcji. Mama nie chciała, aby kroili go po śmierci, bo już za życia wiele się wycierpiał. Nie wiemy więc co było główną przyczyną zgonu. Lekarze byli jednak bardzo zdziwieni, że operacja się udała, a pacjent zmarł.
Żałuję bardzo, że nie byłem przy ojcu w jego ostatnich dniach, a potem przy mamie. Mówiła, że nie chciała mnie denerwować i dlatego nie wzywała. Dopiero z telegramu dowiedziałem się, że tata zmarł i kiedy jest pogrzeb.
A na koniec tego tematu wspomnę jeszcze o kimś innym. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyła licznie nasza rodzina, znajomi i przyjaciele mojego taty. Wiele różnych osób okazało nam współczucie, serce i życzliwość. Wśród nich był również o. Edward Ryba, kapelan gdyńskiej „Solidarności” oraz tutejszych Stoczniowców, znajomy naszej rodziny. Przysłał on piękny i wzruszający list do mojej mamy, związany ze śmiercią Zenona.

Redemptorysta – ks. Edward Ryba – urodził się 5 listopada 1933 roku w Jaworzu Dolnym. Od 1959 do 1972 roku był wikariuszem parafii Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Skarżysku – Kamiennej, zaś potem, do 1984 roku, proboszczem parafii Matki Boskiej Nieustającej Pomocy oo. Redemptorystów w Gdyni. W sierpniu 1980 roku, wraz z księdzem Hilarym Jastakiem, odprawiał msze św. dla strajkujących w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, wygłaszał patriotyczne kazania, organizował pomoc dla rodzin osób internowanych i represjonowanych. W 1984 roku za to wszystko pozbawiono go tutaj probostwa i przeniesiono do Głogowa. Tam proboszczem nie został, gdyż Wydział ds. Wyznań w Legnicy twierdził, że jest „nielojalny politycznie”. O. Ryba do Gdyni wrócił dopiero w 1999 roku, gdy przeszedł na emeryturę. Zmarł w tutejszym Hospicjum Św. Wawrzyńca 18 grudnia 2011 roku.
Proszę zwrócić uwagę na piękne, ekspresyjne zdjęcie z o. Rybą w towarzystwie m.in. Franciszki Cegielskiej, niezapomnianej i kochanej przez mieszkańców Gdyni prezydent ich miasta, późniejszej minister zdrowia.

Tata mój pochowany został na gdyńskim cmentarzu w Małym Kacku przy ul. Spokojnej (sektor 51, rząd 3, grób 1).

Na pomniku ma naklejoną fotografię z logo SKP, stoczni, z którą związał prawie całe swoje życie zawodowe. Potem pochowana została w tym samym grobie jego żona, a moja mama.
Zenon Stefański zawsze dużo opowiadał i pisał o swoim życiu, studiach i pracy. W licznych czasopismach publikował artykuły o nowościach zarówno w naszym, jak i w światowym okrętownictwie. Rozsławiał w Polsce i zagranicą Stocznię im. Komuny Paryskiej. Robił to piórem i czynem. Zawsze był wzorowym i sumiennym pracownikiem, pedagogiem, publicystą, mężem, ojcem i dziadkiem. Ja niejednokrotnie starałem się brać z niego przykład w życiu. A jeśli chodzi o publikacje, to kilkadziesiąt lat współpracowałem z różnymi redakcjami, tak jakby zaszczepił to we mnie ojciec. Najbardziej lubiłem pisać o naszym okrętownictwie i historii przemysłu stoczniowego, o tematyce morskiej.
Przez długi czas chodziłem codziennie w Stoczni po śladach stóp ojca. Było to bowiem wtedy, kiedy pracowałem na terenie dawnej „Komuny”. Tam uzmysłowiłem sobie, że jeżeli opowiem lub napiszę o nim, to będzie to wyglądało, jakby wrócił do nas i do swojego ukochanego zakładu, któremu oddał kilkadziesiąt lat życia, a którego już nie ma. W grobie by się chyba ojciec przewrócił, zobaczywszy to wszystko, ponieważ zostawił Stocznię w pełni rozkwitu, kiedy była jedną z największych i najnowocześniejszych w Europie i świecie.
Dla e-muzeum opracował Krzysztof Stefański, syn Zenona Stefańskiego.
Gdynia, luty 2026 r.
