Strona główna1.2.3. Wspomnienia stoczniowcówWspomnienia Stoczniowców: inż. Jerzy Miotke

Wspomnienia Stoczniowców: inż. Jerzy Miotke

Inż. Jerzy Miotke – Kierownik Wydziału Elektrycznego W-4

Ludzie Stoczni - Jerzy Miotke

Dzieciństwo i wybór zawodu

Urodziłem się w Gdyni w 1951 roku jako drugie z pięciorga dzieci Marianny Rolbieckiej i Jana Miotke.

Niestety, ojciec zmarł w 1961 roku po długotrwałej chorobie płuc. Wychowaniem dzieci samotnie zajęła się matka.

Mentalnie i kulturowo zostałem ukształtowany przez swoje kaszubskie pochodzenie, tradycyjne wartości i katolicki światopogląd.

Po ukończeniu szkoły podstawowej (nr 14, ul. Władysława IV) podjąłem w 1965 roku naukę w Zasadniczej Szkole Budowy Okrętów przy ul. Energetyków, w klasie elektromonter okrętów.

O wyborze szkoły zawodowej zdecydowały względy finansowe naszej rodziny. Już od pierwszej klasy uczeń otrzymywał gratyfikację finansową (150 zł miesięcznie), w trzeciej klasie – 670 zł miesięcznie.

Praca w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni

Jako absolwent Zasadniczej Szkoły Budowy Okrętów pracę zawodową rozpocząłem w sierpniu 1968 roku w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, na wydziale elektrycznym, gdzie pracowało ponad 300 mężczyzn i kilka kobiet – w narzędziowni, na stołówce wydziałowej i w sekretariacie. Była to bardzo stabilna załoga z wieloletnim stażem. Funkcję sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej pełnił Włodzimierz Trzaskała, a przewodniczącym ZSMP był Leszek Zioła. Kierownikiem wydziału był inż. Marian Reysowski. Obowiązkowo wszyscy pracownicy byli członkami Związku Zawodowego Metalowców, którego zakładowym przewodniczącym był pan Tadeusz Cupisz. Dokumentację projektowo-konstrukcyjną wykonywali specjaliści z pracowni elektrycznej, która miała swoją siedzibę w budynku wydziału, tj. Ga 30. Wśród pracowników panowała życzliwa i koleżeńska atmosfera. Między brygadami i grupami mistrzowskimi odbywało się współzawodnictwo, a oceny dokonywało kierownictwo wydziału przy aktywnym udziale przedstawicieli organizacji partyjnej i młodzieżowej. Pracownicy wspierali się w pracy i spotykaliśmy się poza nią, szczególnie w dniach wypłaty (23. i 8. każdego miesiąca), spędzając wspólnie czas w ośrodku wczasowym „Wieżyca”, w klubie zakładowym „Fregata” oraz podczas zawodów sportowych w ramach stoczniowej spartakiady. Na porządku dziennym była praca w sąsiednich „obcych” grupach mistrzowskich, ze względu na potrzebę wzmocnienia siły roboczej na innych statkach lub w innych rejonach stoczni. Znaczna część moich kolegów z wydziału mieszkała w hotelach robotniczych (przy ul. Śląskiej i Kapitańskiej) lub na prywatnych kwaterach opłacanych przez stocznię. Zarobki w latach siedemdziesiątych były niskie, a najtrudniej było tym, którzy przyjechali do pracy w stoczni z głębi Polski. Utrzymywali się sami i dodatkowo wspomagali finansowo swoje rodziny.

Raz w roku, po zdaniu egzaminu kwalifikacyjnego przed komisją, każdy pracownik mógł być awansowany, co skutkowało podwyżką stawki osobistego zaszeregowania. Pomimo że wynagrodzenie nie było wysokie, pracowałem i mogłem uczyć się od starszych i wysoko wykwalifikowanych kolegów, m.in. Franciszka Śmierzchalskiego i Bolesława Fujaka, wykonując głównie podłączenia armatury, ale i rozdzielnic elektrycznych na nowo budowanych statkach dla różnych armatorów.

Pierwsze lata pracy w stoczni były dla mnie wyzwaniem i praktyczną nauką wyuczonego zawodu. Pomimo pracy w dobrym otoczeniu i wsparciu starszych kolegów, postanowiłem z dramatycznych dni grudnia 1970 r., które w sposób nad wyraz oczywisty uwidoczniły zasadnicze paradoksy komunizmu, wyciągnąć praktyczne wnioski. Ponieważ lubiłem się uczyć, skoncentrowałem się na rozwoju osobistym poprzez podwyższanie wykształcenia. Zdecydowałem się na dziesięciosemestralny, wieczorowy system zdobycia wyższego wykształcenia technicznego na Politechnice Gdańskiej. Od poniedziałku do piątku, po pracy, od godziny 15:30 do 20:15, przez pięć lat, nie zaniedbując pracy w stoczni i życia osobistego, jesienią 1977 roku ukończyłem z wynikiem dobrym wyższe studia zawodowe i uzyskałem tytuł inżyniera elektryka. Był to znaczny sukces dla młodego robotnika w czasach, gdy udział osób z wyższym wykształceniem był niewielki. Nie każdy miał bowiem podstawowe warunki do nauki i determinację, aby osiągnąć osobiste, ambitne cele. Dodatkową motywacją była potrzeba utrzymania rodziny, bowiem w 1976 roku zawarłem związek małżeński z Małgorzatą, a owocami naszej miłości stały się córeczki: Magda (luty 1978 r.) i Asia (kwiecień 1979 r.).

Nasza młoda rodzina, będąca na dorobku, uczyła się skutecznie wymyślać i stosować sposoby radzenia sobie z niewystarczającym budżetem rodzinnym (np. biorąc nadgodziny lub drugi etat) czy z niedostatkiem artykułów spożywczych i przemysłowych w domu, cierpliwie wyczekując w niekończących się kolejkach na zakup niezbędnych dóbr. Fakt zakupu i radość posiadania upragnionego dobra rekompensowały trud, a często i upokorzenie w procesie doświadczania fałszywego dobrobytu lat siedemdziesiątych.

Dział Wynalazczości i praca dydaktyczna

Za namową Brunona Jankowskiego, człowieka wielkiego formatu w stoczniowej rzeczywistości, podjąłem pracę w stoczniowym Dziale Wynalazczości. Stosowne, niezbędne kwalifikacje do pracy w tym dziale zdobyłem na wykładach w gdańskiej NOT (Naczelnej Organizacji Technicznej) oraz w Urzędzie Patentowym w Warszawie. Nowa praca dawała sposobność poznawania najbardziej twórczych ludzi i zgłębiania ich nowatorskich rozwiązań technicznych. Początkowo były to projekty, których innowacyjność ograniczała się do „nowości zakładowej”, ale z czasem pojawiały się rozwiązania na poziomie wzorów użytkowych lub wynalazków z zakresu okrętownictwa. Moim zadaniem było przygotowywanie dokumentacji zgłoszeniowej (opis, zastrzeżenia patentowe, figury) do Urzędu Patentowego w celu skutecznej ochrony danego projektu. Szczególną satysfakcją było uzyskanie patentu i wdrożenie przez autorów wynalazku na budowanych w stoczni statkach. W latach siedemdziesiątych Stocznia im. Komuny Paryskiej otrzymała i chroniła kilka nowatorskich projektów (rozwiązań) rocznie. Autorzy, twórcy tych projektów, stanowili absolutną elitę intelektualną z biur projektowych, służb technologicznych i wydziałów produkcyjnych. Należało zrozumieć istotę każdego zgłaszanego rozwiązania, a było to możliwe wyłącznie dzięki technicznym rozmowom przy kontraktacji nowych budów. Nie wszystkie jednak zgłoszenia do Urzędu Patentowego posiadały zdolność patentową i nie były chronione patentami. Zdecydowana większość projektów w stoczni miała poziom projektów racjonalizatorskich. Dzięki pracy w niezwykle twórczym środowisku poznałem wielu wybitnych inżynierów, projektantów i konstruktorów, którzy znali wartość swojej wiedzy i intelektu, a także pragnęli urzeczywistnić swoje rozwiązania. Głównymi projektantami byli m.in. Wojciech Żychski, Antoni Rylke i Zbigniew Filipp. Projektanci i konstruktorzy to Stanisław Jaszewski, Edmund Piór, Wacław Frączek, Henryk Wiśniewski, Zbigniew Samborski, Maciej Orłowski, Zbigniew Zalewski oraz Jan Cwynar.

Inną działalnością rozpoczętą w latach siedemdziesiątych było prowadzenie po godzinie 15:00 wykładów w Technikum Budowy Okrętów dla Pracujących, w zespole szkół przy ul. Energetyków w Gdyni. Była to forma dorobienia do stoczniowej pensji, ale również swoista zmiana środowiska pracy. Atmosfera wśród kadry pedagogicznej oraz relacje z uczniami dalece wykraczały poza szkolne ramy programowe. Poznałem w tym czasie szereg wartościowych i kontestujących rzeczywistość osób, m.in. Bogumiłę Strumiłło, Jerzego Sińczaka, Krystynę Krzewską, Różę Karkoszkę, Jadwigę Andrzejewską, Marię Tanaś, Bożenę Walter, a także chłonących wiedzę młodych pracowników stoczni, pragnących zdobyć upragniony tytuł technika. Wielu z nich po zakończeniu edukacji i zdobyciu zawodowego doświadczenia podjęło odważne decyzje o pracy „na swoim”, zakładając spółki produkcyjne lub działalności gospodarcze. Szczególne relacje z uczniami, które później przerodziły się w relacje przyjacielskie i stanowiły podstawę przyszłej działalności konspiracyjnej, dotyczyły takich osób jak: Czesław Toruńczak, Wojciech Stankiewicz, Adam Małecki, Jerzy Czarnojan, Andrzej Różański, Stanisław Knap, Józef Czachor, Zenek Wysocki czy Leszek Zatorski.

Duszpasterstwo akademickie i wybór drogi

Oprócz dodatkowej pracy w Technikum Budowy Okrętów niezwykle istotna dla mnie była aktywność w Gdyńskim Ośrodku Duszpasterstwa Akademickiego „Górka” przy parafii NSPJ (ul. Batorego w Gdyni), pod mądrym patronatem ks. Andrzeja Miszewskiego, „Szefa”. Twórcze dyskusje młodych ludzi – również polityczne – trwały godzinami i często kończyły się znacznymi, acz wartościowymi rozbieżnościami poglądów. Należy przy tym zaznaczyć, że osoby zdolne, lecz nienależące do żadnej organizacji politycznej (Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej lub Związku Młodzieży Socjalistycznej), nie miały szans na awanse i wyróżnienia. Kilku kolegów i rówieśników zostało zakwalifikowanych do tzw. kadry rozwojowej, dzięki czemu wyjeżdżali na stypendia zagraniczne, szkolenia i kursy, oczywiście po uprzedniej weryfikacji. Znając z autopsji praktykę komunizmu oraz cenę, jaką trzeba płacić za „paktowanie z diabłem”, nigdy nie zgodziłem się na propozycję wstąpienia do partii bądź działalność w partyjnej młodzieżówce. Pomimo potencjalnych korzyści, jakie dawała stosowna legitymacja, wiedziałem, że jakakolwiek zgoda na otaczającą rzeczywistość byłaby sprzeczna z formacją, jaką uzyskałem w rodzinnym domu, w duszpasterstwie oraz od ks. Hilarego Jastaka. Stabilna praca, dwutygodniowy rodzinny odpoczynek nad kaszubskimi jeziorami, spółdzielcze M-3, radość wychowywania własnych dzieci – zdawały się zaspokajać ambicje i marzenia rodziny Miotke. Codzienne troski i sukcesy dominowały w naszej egzystencji, jakże tożsamej z milionami polskich rodzin.

Pielgrzymka Jana Pawła II i przełom 1980 roku

Punktem zwrotnym dla świadomości Polaków był rok 1979. W pierwszych dniach czerwca miała miejsce pierwsza pielgrzymka nowo wybranego papieża Polaka – Jana Pawła II, czyli ks. kardynała Karola Wojtyły z Krakowa. Polskie społeczeństwo zrozumiało, że ma podmiotowość i może podejmować decyzje o samostanowieniu narodu, od wieków ściśle związanego z Kościołem i katolicką wiarą. Papieski głos w homiliach podczas mszy świętych, gromadzących miliony odbiorców, stał się głosem narodu pozbawionego prawa do własnej opinii. Pamiętne słowa na Placu Zwycięstwa w Warszawie: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”, zmieniły stan umysłu Polaków, przez co nastąpiła sanacja narodowej wspólnoty i dały asumpt do powstania ruchu społecznego „Solidarność” w 1980 r. Marząc o spełnieniu się pragnienia wyrażonego w papieskich słowach, nie myślałem, że rok 1980 będzie „tak szalenie decydującym czasem dla naszej tożsamości, niepowtarzalną szansą i nadzwyczajną nadzieją dla każdego z nas dziś i w odległej przyszłości”.

Przełom lat 70. i 80. to bardzo pracowity okres w moim życiu: inspirująca, ale ciężka praca w stoczni, wykłady prowadzone po godzinach, rozwój osobisty i rodzinny, zaangażowanie w duszpasterstwo, a także echa pielgrzymki Jana Pawła II w postaci organizowania się polskiego społeczeństwa – to wszystko kształtowało codzienne myślenie i działanie.

Strajk sierpniowy 1980 roku w Stoczni Gdynia

Nikt nie spodziewał się, że kontestacja Polaków w lipcu i sierpniu 1980 r. będzie miała tak daleko idące skutki. Jestem przekonany, że absolutnie kluczową postacią strajku robotniczego w sierpniu 1980 roku w Gdyni był Andrzej Kołodziej. Ten młody, 21-letni mężczyzna spod Sanoka, który parę lat wcześniej przyjechał do Gdańska z nadzieją na lepsze życie, stał się niekwestionowanym liderem strajku w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Wcześniej, za „działalność antypaństwową”, wyrzucony z Technikum Budowy Okrętów oraz zwolniony wraz z Anną Walentynowicz ze Stoczni Gdańskiej, zdobywał doświadczenie w konspiracyjnej działalności w Wolnych Związkach Zawodowych. Podczas pamiętnego sierpnia został jednym z sygnatariuszy Porozumień Sierpniowych z 31 sierpnia 1980 roku oraz wiceprzewodniczącym Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Gdańsku. Twierdzę, że tego, co przeprowadził i zrealizował z sukcesem Andrzej Kołodziej, nie dokonałby żaden z nas, ówczesnych pracowników Stoczni im. Komuny Paryskiej, w sierpniu 1980 roku. Dość powiedzieć, że w tym czasie na całym terenie stoczni, na prawie 120 ha, strajkowało w formie okupacji zakładu ponad 6 tys. osób.

Kołodziej, z niewielkim stażem pracy w okrętownictwie, bez znajomości specyfiki stoczni i ludzi pracujących w tym potężnym zakładzie pracy, dokonał rzeczy wiekopomnych. Dzięki determinacji, bezkompromisowości i konsekwencji działania ustalił i osiągnął jednoznaczne relacje pomiędzy dyrekcją stoczni, członkami zawodowej struktury PZPR a komitetem strajkowym, co było podówczas wielkim osiągnięciem. Kołodzieja nie ograniczały relacje służbowe ani obawa o konsekwencje. Szybko i skutecznie doprowadził do odizolowania, swoistego internowania, kierownictwa stoczni. Przejęcie radiowęzła i drukarni zakładowej oraz wykorzystanie ich w łączności zapewniło stałą informację i komunikację pomiędzy strajkującymi. To z jego sugestii inicjowano wybór wydziałowych przedstawicieli do reprezentowania w Zakładowym Komitecie Strajkowym oraz próby sformułowania postulatów pracowniczych. Treść oczekiwań strajkujący redagowali i ustalali publicznie – w małych grupach oraz publicznie przed bramą główną stoczni. W celu wykluczenia akcji sabotażowych i zapewnienia bezpieczeństwa ustanowiono robotnicze służby – patrole całodobowe strzegące bram wjazdowych i bocznic kolejowych oraz nabrzeży i hal produkcyjnych.

Przełomowym wydarzeniem pierwszych dni strajku była msza święta w niedzielę 17 sierpnia, odprawiona przy polowym ołtarzu przez księdza prałata dr. Hilarego Jastaka. Przewielebny proboszcz parafii NSPJ w Gdyni i „Król Kaszubów” mówił:

„Wszystkie prawa przemawiają za Wami, za Waszą postawą i słusznymi postulatami. Nikt nie może zaprzeczyć, że działanie wasze zostało podjęte w trosce o przyszłość kraju i jego suwerenność, wolność słowa, myśli, wyznania, że kierujecie się uczuciami i najlepszymi intencjami zasługującymi na poparcie i szacunek. Kto Was podejrzewa albo twierdzi, że nie kierujecie się uczciwymi i dobrymi intencjami, ten jest oszczercą!”

Słowa wypowiedziane w homilii utwierdziły mnie i innych strajkujących w słuszności swojego czynu i dawały nadzieję na osiągnięcie przyszłego porozumienia. Kolejne wspólne modlitwy inspirowały i dodawały wiary w końcowy sukces. Dla nas, strajkujących w sierpniu 1980 roku, postacią najważniejszą i niezapomnianą był i pozostanie ks. Hilary Jastak. Przez jednych zwany „Królem Kaszubów”, a przez drugich „Wojującym Księdzem”, był na pewno jednym i drugim, i jeszcze kimś więcej. Z pewnością przez całe swoje życie bardzo droga była Mu wolność Polaków, do niepodległości Polski niezłomnie dążył. Ks. prałat Hilary Jastak był absolutnie szczególnym człowiekiem, kapłanem i patriotą. O jego charyzmie i wyjątkowych cechach miałem okazję wielokrotnie przekonać się osobiście.

Podczas strajku nie do przecenienia była również praca kobiet przygotowujących ciepłe posiłki (codzienne zupy z wkładką) oraz ofiarność dostawców artykułów spożywczych, bezimiennych darczyńców i rodzin strajkujących. Opiekę medyczną zapewniali pracownicy stoczniowej przychodni lekarskiej. Występy aktorów, muzyków i bardów stały się bardzo istotnym wsparciem duchowym i moralnym wzmocnieniem.

W czasie strajku pracowałem w pomieszczeniu biurowym w Pentagonie wraz z Jerzym Rybackim i Mirosławem Uściłło, do którego zaprosiłem dwóch swoich braci – Zygmunta i Lucjana, pracujących jako monterzy w Dziale Głównego Mechanika. W biurze mieliśmy dobre warunki sanitarne, a na podłodze przygotowane były posłania do spania nocą. Trudnością była rozłąka z rodzinami. W domu pozostała żona Małgorzata i dwie córki (dwuletnia Magda i roczna Asia).

W czasie dwutygodniowego strajku, od 15 do 31 sierpnia, tylko raz odwiedziły mnie żona i córki przy bramie głównej stoczni. Był to pewien wyczyn, ponieważ komunikacja miejska strajkowała, a samochód stanowił wówczas niedostępny luksus.

„Solidarność” w Stoczni Gdynia – lata 1980–1981

Okres strajkowy, trwający aż do ogłoszenia stanu wojennego w grudniu 1981 r., to czas wzmożonej pracy związkowej. Byłem w samym centrum tych wydarzeń. W sierpniu 1980 roku wydano „Strajkowy Biuletyn Informacyjny MKS” zawierający żądania strajkujących załóg; w drukarni gdyńskiej stoczni wydrukowano 14 numerów „Strajkowego Biuletynu Informacyjnego «Solidarność» Stoczni Gdynia”. 1 września tego roku Komitet Strajkowy Stoczni Komuny Paryskiej przekształcił się w Komitet Założycielski NSZZ przy Stoczni w Gdyni. We wrześniu 1980 r. ukazał się pierwszy numer „Biuletynu Informacyjnego”, sygnowanego przez Komitet Założycielski NSZZ przy Gdyńskiej Stoczni. Wyłoniono 9-osobowe Prezydium Komitetu Założycielskiego „S” przy SKP, w którego skład weszli m.in.: A. Kołodziej (delegat do MKZ), A. Kozicki (przewodniczący), T. Pławiński i H. Mierzejewski (obaj wiceprzewodniczący) oraz pięciu członków. Ostatni numer pisma (nr 6/56) ukazał się 11 grudnia 1981 r.; w okresie wrzesień–grudzień 1981 wydawano „ITP: Informacje Teleksowo-Prasowe”. Byłem jednym z dystrybutorów tych biuletynów związkowych.

16 września 1980 r. powołano Społeczny Komitet Budowy Pomników Ofiar Grudnia 1970 w Gdyni – jako realizację jednego z postulatów strajkowych. Ogłoszono konkurs na projekt pomnika, który wygrał Stanisław Gierada. Pomnik wybudowano przy wielkim zaangażowaniu pracowników gdyńskiej stoczni. W 10. rocznicę Grudnia 1970 r. odsłonięto pomnik przy ul. Czechosłowackiej oraz tablice pamiątkowe nieopodal peronu kolejowego Gdynia Stocznia i przy Urzędzie Miasta.

24 stycznia 1981 r. powołano Komitet Zakładowy „Solidarność” przy Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni; przewodniczącym został A. Kozicki, wiceprzewodniczącym – T. Pławiński. Wyłoniono również Prezydium Komitetu. Załoga stoczni uczestniczyła w strajkach ostrzegawczych, które odbyły się w Regionie Gdańskim: w styczniu (przeprowadzony decyzją MKZ Gdańsk w proteście przeciwko nierealizowaniu przez rząd porozumień z Gdańska, Szczecina i Jastrzębia-Zdroju oraz w celu poparcia postulatu „Solidarności” dotyczącego wprowadzenia wolnych sobót), w marcu (na apel KKP w związku z kryzysem bydgoskim) oraz w październiku (w proteście przeciwko złemu zaopatrzeniu kartkowemu oraz polityce zastraszania „Solidarności” i społeczeństwa przez władze). W połowie 1981 r. do zakładowej „Solidarności” należało 9,5 tys. pracowników.

Dramat rodzinny na tle wydarzeń 1981 roku

Radość z pracy w nowej, postrajkowej rzeczywistości musiała być skonfrontowana z rodzinnym dramatem. W lutym 1981 roku, po specjalistycznym badaniu w Klinice Kardiologicznej Akademii Medycznej w Gdańsku, byliśmy zatrwożeni wynikami naszej córki. Konieczna była bowiem pilna, bardzo skomplikowana operacja na otwartym sercu. Klinika kierowana przez prof. Narkiewicz odmówiła podjęcia się zabiegu ratującego życie. Konsultacje w Klinikach Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, Centrum Matki w Łodzi oraz w klinikach w Zabrzu i we Wrocławiu również były jednoznacznie negatywne.

U dwudziestomiesięcznego dziecka nie wykonuje się operacji usunięcia wady serca z wykorzystaniem sztucznego płuco-serca, precyzyjnie dostosowanego do parametrów serca córki. Niewykonanie operacji oznaczało z kolei pewną śmierć dziecka. Niewielką nadzieję dawała sugestia dr. Jana Erecińskiego, który powrócił do Gdańska po kilkumiesięcznym stażu w Deutsches Herzzentrum München des Freistaates Bayern w Monachium, aby szukać tam możliwości wykonania zabiegu. Najpierw trzeba było uzyskać potwierdzenie, że operacje w tym centrum medycznym wykonuje się z powodzeniem, po czym należało ustalić termin i koszt operacji. Pod koniec marca 1981 r. otrzymałem odpowiedź z gwarancją pełnego powodzenia usunięcia wady serca. Koszt wynosił około 50 tys. DM.

19 maja orędownik pomocy dla mojej rodziny, ks. kardynał Stefan Wyszyński, został powiadomiony o pozytywnym przebiegu operacji. Niestety, Prymas Polski zmarł kilka dni później, w Warszawie, 28 maja 1981 roku.

Stan wojenny

12 grudnia 1981 r. do mojego mieszkania na gdyńskim Obłużu przyszła koleżanka żony – Bożena Błaszak. Rozmawiały ze sobą do późnych godzin nocnych, a ja wraz z córkami poszedłem spać. Rano otrzymaliśmy informację, że na terenie całego kraju wprowadzono stan wojenny, a szereg działaczy związkowych i opozycyjnych zostało zatrzymanych.

Jednym z czołowych działaczy stoczniowych, który uniknął internowania, był Tadeusz Pławiński, który w tych dniach przebywał służbowo w Szczecinie. Ten sąsiad z bloku przy ulicy Turkusowej pełnił funkcję przewodniczącego Komisji Zakładowej „Solidarność” Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Był również delegatem stoczni w Komisji Krajowej „Solidarność”. Pracował w dziale elektroniki w stoczni. Otrzymawszy informację, że może zostać zatrzymany, nie wrócił z delegacji ze Szczecina. Moje małżeństwo wspierało jego żonę, Ewę Pławińską, oraz ich córki, aby nie traciły nadziei w chwili próby. Istotnie, klatka bloku przy ulicy Turkusowej była kontrolowana przez zespół obserwacyjny Służby Bezpieczeństwa. Dwa fiaty 125p, w których funkcjonariusze prowadzili obserwację, były aż nadto widoczne, co wymagało mojej niezbędnej czujności.

Około godziny 9:00 rano, 13 grudnia 1981 r., wiedziałem już, że sześciu kolegów z Komisji Zakładowej zostało zatrzymanych, w tym m.in. Henryk Mierzejewski, Edward Szmit, Czesław Richert, Andrzej Kozicki oraz Zdzisław Ślesarow. Nikt z pytanych nie miał informacji o ich losie. W poniedziałek, 14 grudnia, udałem się do pracy. Ponieważ dyrektor naczelny stoczni Willi Fandrey przebywał służbowo w Brazylii, kontraktując dwa statki B538 – „Leoncio” i „Isaura”, poprosiłem dyrektora technicznego stoczni, Zbigniewa Maciejewskiego, o pilną rozmowę z przedstawicielami Komisji Zakładowej, którzy nie zostali zatrzymani przez SB bądź uniknęli internowania. Dyrektor spotkał się w małej sali konferencyjnej siedziby dyrekcji stoczni, tzw. „akwarium”, na drugim piętrze budynku. Podczas spotkania stoczniowcy, m.in. Marek Narzyński, Adam Gotner i Marian Tyszko, przekazali informację o zatrzymaniu swoich kolegów. Zażądaliśmy natychmiastowego uwolnienia stoczniowców oraz szczegółowych informacji o ich losie. Pomimo że dyrektor Maciejewski, jako współpracownik SB, miał wiedzę o aktualnej sytuacji pracowników, odmówił kontynuacji rozmów i zalecił powrót do pracy. Zorganizowałem pilne spotkanie w stoczniowej bibliotece technicznej na parterze budynku „Pentagon”, przekazując koleżeństwu wiedzę o internowanych kolegach oraz decyzji dyrektora Maciejewskiego.

Około godziny 11:00, 14 grudnia, sekretarka dyrektora Teresa Witt wezwała mnie telefonicznie na spotkanie z dyrektorem. W obecności bezpośredniego przełożonego, inż. Stanisława Jaszewskiego, dyrektor Maciejewski stwierdził, że nie jest w stanie zrealizować postulatów wyrażonych przez stoczniowców. Rozmowę zakończył dobrą radą dla mnie: „Odłóż tę Twoją demokrację-srację ad acta”. W godzinach popołudniowych milicja oraz SB wtargnęły do pomieszczeń Komisji Zakładowej i przewodniczącego Rady Pracowniczej – Henryka Ogryczaka, zabezpieczając wszystkie szafy, a w nich znajdujące się materiały i dokumentację. Były wśród nich również m.in. matryce do wykonywania ulotek (w języku polskim i rosyjskim) z odezwą do żołnierzy i funkcjonariuszy. Tadeusz Pławiński, przewodniczący Komisji Zakładowej, pojawił się w stoczni, aby podjąć negocjacje z dyrekcją. W wyniku negocjacji ustalono, że stoczniowcy wyjdą ze stoczni do godziny 6:00, a w zamian unikną aresztowania.

Działalność podziemna i „Solidarność Walcząca”

W 1984 r. nasiliły się aresztowania pracowników stoczni. Zatrzymano i aresztowano Czesława Zarzyckiego, Jana Gawina, Mariana Tyszko, Mirosława Jezuska, Mariana Górskiego, Franciszka Rusina, Antoniego Furtaka oraz Tadeusza Pławińskiego.

W 1984 r. na wydziale K-1 Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni zawiązała się grupa opozycjonistów i działaczy „Solidarności Walczącej”, m.in. Edward Frankiewicz, Andrzej Tyrka, Zenon Zbucki, Lech Sadowski czy Jan Grabowski. Był to nowo powstały trójmiejski oddział tej ogólnopolskiej podziemnej organizacji. Zasadniczym celem „Solidarności Walczącej” było pozbawienie komunistów władzy, odzyskanie przez Polskę niepodległości oraz wycofanie wojsk radzieckich z terenów Polski. Organizacja dopuszczała stawianie czynnego oporu, ale tylko w przypadkach wzmacniania represji przez aparat władzy. Dołączyłem do tej grupy w 1984 r.

Podczas wspólnego pobytu na pielgrzymce na Jasnej Górze w Częstochowie zdecydowałem się na formalne wstąpienie i współpracę w strukturach „Solidarności Walczącej”. Była to jedyna organizacja podziemna, w której obowiązywała przysięga. W obecności dwóch jej zaprzyjaźnionych członków wypowiedziałem następującą treść:

„Wobec Boga i Ojczyzny przysięgam walczyć o wolną i niepodległą Rzeczpospolitą Solidarną, poświęcać swe siły, czas, a jeśli zajdzie potrzeba – swe życie, dla zbudowania takiej Polski. Przysięgam walczyć o solidarność między ludźmi i narodami. Przysięgam rozwijać idee naszego Ruchu, nie zdradzać i sumiennie spełniać powierzone mi w nim zadania”.

W 1984 r. działacze „SW” otrzymali z zagranicy plany umożliwiające, „w domowych warunkach”, przy użyciu prostych narzędzi, produkcję pistoletów. Przesyłka z planami dotarła do Polski w formie negatywów. Współpracowałem z Jerzym Główczewskim i Dionizym Mossakowskim, świetnymi ślusarzami narzędziowymi, którzy pomagali „SW” w pracach tokarskich i frezarskich przy tworzeniu prototypów matryc i części do broni. Przeliczyłem miary i przystosowałem rysunki techniczne. Okazało się, że przy posiadanych zasobach można by rozpocząć seryjną produkcję broni. Ostatecznie jednak nie zdecydowano się na faktyczne użycie broni, bowiem nawet w warunkach wojującego komunizmu byłoby to działanie zbyt radykalne. Wraz z kolegami dużo ryzykowałem. Ówczesne prawo przewidywało surowe kary za tego typu działalność antypaństwową.

„SW” Oddział Trójmiasto wydawało własne pismo pt. „Solidarność Walcząca. Pismo Organizacji Solidarność Walcząca, Grupa Zakładowa Stoczni im. Komuny Paryskiej”. Biuletyn ukazywał się przez cztery lata, zwykle co dwa lub trzy tygodnie, w nakładzie od 2 do 10 tysięcy egzemplarzy. Był to jeden z większych nakładów pism drugiego obiegu w tamtym czasie w Polsce. Ogółem wydano 45 numerów i trzy wydania specjalne, w tym w wersji dwujęzycznej. Redakcję tworzyli przede wszystkim Roman Zwiercan, Małgorzata Zwiercan oraz Edward Frankiewicz. Kolportażem zajmowało się bardzo wiele osób, na czele ze mną, Andrzejem Tyrką, Mirosławem Korsakiem czy Mirosławem Jezuskiem.

W kwietniu 1987 r. SB aresztowało mnie. Dokonano kolejnej rewizji w mieszkaniu przy ul. Turkusowej i w pracy, nałożono karę grzywny, a także wręczono dyscyplinarne zwolnienie ze stoczni. Skonfiskowano wszystkie materiały, pamiątki oraz notatki dotyczące mojej działalności, które przechowywałem w domu. Materiałów tych nigdy nie odzyskałem. W lutym 1989 r., w 24. wydaniu biuletynu „SW” Oddział Trójmiasto, wystosowano apel do władz o przywrócenie do pracy w stoczni czterdziestu zwolnionych pracowników, w tym mnie. Kolegium Rejonowe ds. Wykroczeń w Gdyni 28 kwietnia 1988 r. wydało orzeczenie o winie i ukarało mnie grzywną w wysokości 50 tys. złotych. Ze względu na utrzymywanie ścisłych kontaktów z działaczami byłych struktur NSZZ „Solidarność” zastrzeżono mi wyjazdy zagraniczne w latach 1986–1990. Miało to miejsce w czasie już trwających obrad w Magdalence oraz obrad tzw. Okrągłego Stołu w Warszawie. Ponownie zostałem bez pracy. Poprzez swoje kontakty związkowe zostałem zatrudniony w przedsiębiorstwie PEWEX, oddział gdański, gdzie zakładam struktury zakładowej NSZZ „Solidarność”. W tym czasie dyrektorem naczelnym przedsiębiorstwa był funkcjonariusz SB i późniejszy generał oraz szef UOP – Marian Zacharski.

Odbudowa „Solidarności” i transformacja ustrojowa

17 kwietnia 1989 r. nastąpiła ponowna rejestracja „Solidarności” w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. W maju tego roku do stoczniowej „S” należało aż 1,4 tys. pracowników na ok. 6 tys. ogółem zatrudnionych; w ciągu kilku następnych miesięcy liczba ta wzrosła do 2,2 tys. osób. 26 czerwca 1989 r. wybrano Prezydium Komisji Zakładowej „Solidarność” w składzie: J. Śniadek (przewodniczący), R. Stegart (wiceprzewodniczący) oraz członkowie: K. Jeleński, H. Sokołowski, A. Wojtarowicz-Kopacz, T. Chrzan, Cz. Szweda, M. Lademann i W. Pawelec. 19 lipca 1989 r., z inicjatywy „Solidarności”, w poczuciu współodpowiedzialności za losy zakładu, pracownicy stoczni zastrajkowali po raz ostatni w erze komunizmu.

Transformacja ustrojowa w Polsce to czas wielkiego entuzjazmu i poczucia sprawczości, radości z częściowo odzyskanej niepodległości (wojska radzieckie stacjonowały w Polsce do 1993 r.), powstawania inicjatyw społecznych i gospodarczych, a także potrzeby wyrównywania rachunków krzywd. 7 stycznia 1990 r. reaktywowano Społeczny Komitet Budowy Pomników Ofiar Grudnia 1970 w Gdyni. W skład jego zarządu weszli: Adam Gotner (przewodniczący; sześciokrotnie ranny podczas wydarzeń grudnia 1970 r.), Jan Netzel, Janusz Śniadek, Ewa Stojowska (SKP), Szymon Pawlicki (Teatr Dramatyczny), Emil Spławiński (Stocznia Nauta). Powierzono mi funkcję organizatora oraz kierownika budowy pomnika przy al. Piłsudskiego w Gdyni (przy Urzędzie Miasta Gdyni). Ponadto koordynowałem wszystkie prace na terenie gdyńskiej stoczni: zakupy blach nierdzewnych, transport na Skwer Kościuszki przez ul. Świętojańską w kierunku Urzędu Miasta, montaż konstrukcji przy użyciu dźwigów Mostostalu. Co więcej, z ramienia władz Gdyni negocjowałem z właścicielami działki przy al. Piłsudskiego, rodziną Trawińskich, zgodę na postawienie krzyża. Ostatecznie 17 grudnia 1993 r. miała miejsce uroczystość poświęcenia pomnika.

Pierwsze lata demokracji okazały się bardzo trudne gospodarczo, w szczególności w Gdyni, gdzie funkcjonowały wielkie zakłady pracy. Niemniej jednak swoboda działalności gospodarczej w pewnym stopniu równoważyła galopującą inflację, zwolnienia czy zamykanie państwowych przedsiębiorstw. Stocznię im. Komuny Paryskiej przekształcono 29 listopada 1991 r. w Stocznię Gdynia S.A.

Dawni działacze podziemia, w tym ja, mieli poczucie rewolucyjności nowych, demokratycznych czasów, zgodnie z hasłem Jacka Kuronia: „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne!”. 16 czerwca 1989 r., w siedzibie sztabu wyborczego „Solidarności”, w baraku Urzędu Miasta przy ul. Czołgistów, zawiązał się Gdyński Komitet Obywatelski „Solidarność”. Przewodniczącą komitetu została Franciszka Cegielska, a zastępcą – Mieczysław Kołakowski. W odezwie do mieszkańców Gdyni działacze GKO „S” stwierdzili, że organizacja jest „otwartą obywatelską inicjatywą, zmierzającą do integracji działań społeczności miasta wokół spraw istotnych dla jej funkcjonowania i rozwoju”. Zaczęto wydawać Biuletyn GKO „S”, który informował o bieżących sprawach miasta. Powołano komisje problemowe oraz komitety osiedlowe, integrujące zwykle parę dzielnic. Komitet Obłuże, Pogórze, Oksywie był reprezentowany przeze mnie. Problemy mieszkańców dzielnic były referowane komitetom za pośrednictwem ich reprezentantów w pokoju przy ul. Traugutta 2a, mającym 8 metrów kwadratowych. Na zorganizowanych spotkaniach z mieszkańcami (przede wszystkim w dolnym kościele u ojców redemptorystów przy ul. Portowej) przedstawiono propozycje zmian organizacji i zarządzania Gdynią.

Działalność samorządowa w Gdyni

Aktywnie uczestniczyłem w kształtowaniu nowej rzeczywistości, cały czas pracując w przemyśle stoczniowym, będąc pracownikiem Stoczni Gdynia S.A. do 2008 roku, tj. do likwidacji (zamknięcia stoczni). Realizując ideały pierwszej „Solidarności”, wspierałem nowe władze miasta, pozostając w dobrej relacji z prezydent Gdyni Franciszką Cegielską oraz przewodniczącym Rady Miasta Wojciechem Szczurkiem. Było to środowisko polityczne, które we wczesnych latach 90. współtworzyłem i za które poczuwałem się odpowiedzialny – najpierw za sprawy swojego obszaru działania, czyli północnych dzielnic Gdyni, a następnie całego miasta. Formalnie dopiero w 1998 roku zostałem członkiem organizacji politycznej, tj. Ruchu Społecznego Akcji Wyborczej Solidarność (RS AWS), integrującej postsolidarnościowe ugrupowania. Jednym z jej liderów był Maciej Płażyński, którego poznałem jeszcze w czasach opozycyjnych. Władze miasta Gdyni, po odejściu Franciszki Cegielskiej na stanowisko Minister Zdrowia w rządzie Jerzego Buzka, również były związane z AWS.

Ugrupowanie to w 1998 roku odniosło w Gdyni bezdyskusyjne zwycięstwo, uzyskując większość w Radzie Miasta. Zostałem wybrany radnym miejskim, a także mianowany wiceprezydentem Gdyni (funkcje te można było wówczas łączyć), odpowiedzialnym za pomoc społeczną, ochronę zdrowia, oświatę, kulturę, sport, urząd pracy i sprawy obywatelskie. Funkcję prezydenta Gdyni objął Wojciech Szczurek, a skład zarządu miasta uzupełniali Maciej Brzeski, Marek Stępa, Bogusław Stasiak, Ewa Łowkiel oraz Joanna Zielińska. Po raz ostatni, ze względu na zmianę przepisów prawnych, Rada Miasta wybierała prezydenta. W 1999 r. nagle, w trakcie pracy, umiera Maciej Brzeski – człowiek, którego cenię za wizjonerstwo, ugodowość i kulturę. Na piastowanym urzędzie mam bardzo wiele pracy. W latach 1998–2001 dokonano szeregu istotnych zmian ustrojowych w Polsce, które wiązały się z większym zaangażowaniem gmin. W gdyńskiej edukacji organizuję powstanie gimnazjów, koordynuję działania dotyczące pomocy społecznej w ramach nowych kompetencji Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, kieruję przekształceniami placówek leczniczych i powstaniem prywatnych NZOZ-ów, organizuję strukturę i budowę nowego urzędu pracy przy ul. Kołłątaja w Gdyni, współtworzę warunki do powstania organizacji pozarządowych (w tym okresie zarejestrowano ok. 500 tego typu podmiotów), a także wspieram przemysł stoczniowy w nowych warunkach prawnych narzuconych przez Unię Europejską. Jednym z głównych dzieł tej kadencji samorządu gdyńskiego było wybudowanie w 2001 r. Hospicjum św. Wawrzyńca w Gdyni przy ul. Dickmana na Oksywiu. Brałem czynny udział w powstaniu tej istotnej dla życia społecznego gdynian placówki.

Funkcję radnego miasta Gdyni pełniłem od 1998 do 2014 r., będąc jednocześnie od 1998 do 2002 r. wiceprezydentem miasta. W wyborach w latach 2002, 2006 i 2010 byłem wybierany z list Komitetu Wyborczego Wyborców „Samorządność”, którego byłem pomysłodawcą po rozpadzie RS AWS. Startowałem z okręgu nr 1, a więc dzielnic północnych – Pogórze, Obłuże, Oksywie i Babie Doły. Zawsze zdobywałem największą liczbę głosów, ponieważ gros wyborców to dawni lub aktualni pracownicy wielkich zakładów pracy, w tym Stoczni Gdynia. Jako radny byłem członkiem Komisji Strategii Miasta oraz Gospodarki Mieszkaniowej, przewodniczącym Rad Społecznych gdyńskich SPZOZ-ów oraz Miejskiej Stacji Pogotowia Ratunkowego. Przez 16 lat pełniłem funkcję przewodniczącego i członka Gminnej Komisji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, członka kapituły konkursu „Czas Gdyni” i Komisji Stypendialnej dla uczniów i studentów, a także Komisji Nagród Prezydenta dla Pracowników Służb Zdrowia pracujących w Gdyni.

Działalność społeczna i kaszubska

Działając w lokalnej polityce, nie zaniedbywałem prac społecznych i kulturowych. Pozostaję w stałym kontakcie z działaczami dawnej opozycji antykomunistycznej, współorganizując wydarzenia historyczne z ich udziałem. Ponadto jestem czynnym aktywistą gdyńskiego oddziału Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego w Gdyni. Od 2016 r. współtworzę i kieruję, jako społeczny prezes, Kaszubskim Forum Kultury w Gdyni, zlokalizowanym przy al. Piłsudskiego w Gdyni, w miejscu dawnej biblioteki miejskiej. Poprzez forum krzewię kulturę Kaszub. W ramach działalności Forum odbywają się wernisaże wystaw, wykłady, konferencje, spotkania autorskie, promocje książek, koncerty, projekcje filmów oraz warsztaty. Prowadzone są zajęcia edukacyjne dla dzieci i młodzieży dotyczące wiedzy o regionie. Forum ściśle współpracuje z Gdyńskim Uniwersytetem Trzeciego Wieku, gdzie m.in. w siedzibie KFK odbywają się wykłady dotyczące historii Gdyni skierowane do gdyńskich seniorów, a także różnego typu szkolenia aktywizujące i dokształcające szereg grup zawodowych. Co więcej, KFK opiekuje się mogiłami zamordowanych gdynian w Piaśnicy w 1939 r.

Odznaczenia i podsumowanie

W 2010 roku zostałem odznaczony przez Prezydenta RP Złotym Krzyżem Zasługi za działalność w NSZZ „Solidarność” oraz „Solidarności Walczącej”, w 2013 r. – honorowym odznaczeniem Prezydenta Miasta Gdyni „Bohaterom Sierpnia ’80 w Gdyni”, a w 2016 r., na wniosek prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, „Krzyżem Wolności i Solidarności”. W 2019 r., uchwałą nr V/86/19 Rady Miasta Gdyni z 23 stycznia 2019 r., zostałem laureatem Medalu im. Eugeniusza Kwiatkowskiego „Za wybitne zasługi dla Gdyni”, gdzie w laudacji napisano, że to:

„Człowiek, którego całe życie związane jest z Gdynią. Jako rzetelny fachowiec przyczyniał się do rozwoju przemysłu stoczniowego, jako aktywny samorządowiec dbał o rozwój miasta, a jako Kaszub krzewił kulturę, tradycję i patriotyzm”.

Pracę zawodową zakończyłem w 2018 r., pozostając aktywnym w środowisku stoczniowców, działaczy dawnej opozycji, zrzeszeniach Kaszubów oraz podczas wielu wydarzeń historycznych i kulturowych (m.in. corocznych uroczystości piaśnickich czy związkowych). W maju 2020 r. wszedłem do honorowego komitetu wyborczego Prezydenta RP dr. Andrzeja Dudy, organizując dla tego kandydata m.in. zbieranie podpisów na listach wyborczych czy wiece w wielu miejscach województwa pomorskiego. Z tej funkcji wywiązałem się sumiennie i odpowiedzialnie.

Jerzy Miotke, grudzień 2026

Najnowsze

Przeczytaj również

Wspomnienia Stoczniowców – mgr inż. Waldemar Pasturczak

Mgr inż. Waldemar Pasturczak – Główny Projektant Studia na Politechnice...

Wspomnienia Stoczniowców: mgr inż. Zenon Stefański

Zenon Stefański - mgr inż. budowy okrętów, w Stoczni:...

Wspomnienia Stoczniowców: Wspomnienie o dr. inż. Janku Cwynarze

Wspomnienie o dr. inż. Janku Cwynarze Winston Churchill powiedział kiedyś...