Strona główna1.2.3. Wspomnienia stoczniowcówWspomnienia Stoczniowców - mgr inż. Waldemar Pasturczak

Wspomnienia Stoczniowców – mgr inż. Waldemar Pasturczak

Mgr inż. Waldemar Pasturczak – Główny Projektant

Mgr inż. Waldemar Pasturczak. Zbiór W. Pasturczaka

Studia na Politechnice Gdańskiej i początek pracy w Stoczni im. Komuny Paryskiej

W końcowej fazie studiów na Wydziale Budowy Okrętów Politechniki Gdańskiej pojawiły się propozycje stypendiów, fundowanych przez różne przedsiębiorstwa. Ponieważ mnie również się nie przelewało, więc zainteresowałem się tą formą dofinansowania studentów. Wybrałem biuro projektowe związane z marynarką wojenną CBKO 2. Po skończeniu studiów należało kilka lat przepracować w firmie, z której otrzymywało się stypendium fundowane.

Po powrocie ze Związku Radzieckiego (tam w Leningradzie pisałem pracę dyplomową i obroniłem dyplom) zacząłem już na poważnie myśleć o podjęciu pracy. Biuro konstrukcyjne związane w pewnym stopniu z wojskiem i rygorami tajemnicy wojskowej nie bardzo mi odpowiadało. Wówczas po spotkaniach z kolegami, którzy pracowali w Stoczni im. Komuny Paryskiej i bardzo sobie tę pracę chwalili, poszedłem do biura kadr Stoczni z pytaniem czy mogę zacząć pracę w Stoczni im. Komuny Paryskiej pomimo posiadania stypendium fundowanego w CBKO 2. Odpowiedziano mi, że Stocznia zrefunduje mi to stypendium i że mogę zatrudnić się w Stoczni im. Komuny Paryskiej bez żadnych konsekwencji.

W marcu 1973 r. rozpocząłem pracę w Biurze Projektowo-Konstrukcyjnym Stoczni w pracowni KS (maszyny i siłownie okrętowe). Był to okres przed świętami Wielkanocy, więc starzy pracownicy robili sobie żarty z nowych, wysyłając ich na wydział malarski stoczni. Młodzi niedoświadczeni pracownicy udawali się na malarnię nie zdając sobie sprawy, o co chodzi. Ja również dostałem polecenie udania się na malarnię. Szczęśliwie, zanim tam poszedłem, spotkałem innego młodego kolegę, pracownika biura, który speszony i zły uprzedził mnie, żebym tam nie chodził i wyjaśnił, co jest grane. Uprzedzeni o wizycie malarze, zorientowani, na czym polega zabawa, kazali delikwentowi ściągać spodnie, bo zbliża się Wielkanoc i będą mu malować jajka jak pisanki. Wielu się na to nabierało i starzy pracownicy mieli świetną zabawę.

Pierwsze doświadczenia zawodowe w Stoczni im. Komuny Paryskiej

W ramach stażu kierownik pracowni przydzielił mnie do pomocy Bronkowi Tarnackiemu, który jako wytrawny żeglarz wybierał się wkrótce w rejs dookoła świata na jachcie „Copernicus”. Ja miałem objąć po nim nadzór nad budową, z ramienia biura konstrukcyjnego, trawlera B420. Praca była ciekawa i wymagała częstego bywania na statku, który był w fazie wyposażania. Szybko musiałem zapoznać się z dokumentacją roboczą statku jak i również z problemami, jakie zgłaszali robotnicy i biuro budowy z powodu rozbieżności pomiędzy rysunkami a sytuacją na statku. Szybko trzeba było podejmować decyzje i wydawać karty zmian do dokumentacji, aby nie hamować procesu budowy. To była dobra szkoła i praktyka dla świeżo upieczonego absolwenta Politechniki. Praca w nadzorze uświadomiła mi, jak starannie trzeba było projektować i koordynować systemy okrętowe, aby uniknąć błędów i kolizji na statku w budowie.

Niestety tych błędów i nieścisłości na rysunkach roboczych nie brakowało, więc i kart zmian też trzeba było dużo wydawać i to szybko, aby produkcji nie wstrzymywać. Pracy miałem dużo do późnego popołudnia, bo do południa czas spędzałem na statku a w biurze dopiero po południu był spokój i można było przygotować karty zmian.

Praca w stoczni i działalność związkowa

Dzięki temu szybko wdrożyłem się do pracy w stoczni i zdobyłem zaufanie kolegów. W stoczni działał wówczas Związek Zawodowy Metalowców. Koledzy zaproponowali mi udział w tym związku. Zostałem wybrany i zacząłem działać w Komisji Wydziałowej BPK. Staraliśmy się w ramach posiadanych możliwości pomagać pracownikom z kłopotami i sprawiedliwie rozdzielać pewne dobra, które należały do naszych kompetencji. Związkiem tym kierował Walenty Fryzowski, który starał się bronić interesu szeregowych pracowników i godzić interesy wszystkich wydziałów, które często były sprzeczne. Związek ten dużym prestiżem się nie cieszył, ale innego nie było.

Jedna z ważniejszych funkcji tego związku zawodowego polegała na przyznawaniu wczasów w ośrodkach wypoczynkowych Stoczni. Chętnych było zawsze dużo więcej niż miejsc. Drugim ważnym zajęciem był rozdział pomocy socjalnej dla potrzebujących rodzin stoczniowych (takim przysłowiowym, wykpiwanym, hasłem był rozdział cebuli). Obrona pracowników, którzy w jakiś sposób podpadli kierownictwu również należała do obowiązków związku. Generalnie rzecz biorąc Związek Zawodowy Metalowców był zależny od partii władzy i realizował jej główne wytyczne, starając się nie wchodzić w konflikty z dyrekcją.

Praca projektanta i nadzór nad budową statków

Był to jednak margines mojej działalności. Koncentrowałem się głównie na pracy zawodowej, która polegała na nadzorze na budowanych statkach, w zakresie, który należał do biura konstrukcyjnego.

Częste wizyty na statkach, bezpośredni kontakt z robotnikami, dyskusje i rozwiązywanie problemów wynikających z błędów lub braków w dokumentacji dawały mi poczucie ważności mojej pracy i uczyły, że łatwiej i taniej jest poprawić rysunek niż przerabiać wykonany w stali fragment statku.

Życie stoczniowca i duma z pracy w przemyśle stoczniowym

W miarę zdobywanego doświadczenia, poznawania stoczni i jej problemów czułem się stoczniowcem, który był dumny z jej osiągnięć jak i całego polskiego przemysłu stoczniowego, który miał znaczącą pozycję na świecie. Byłem zadowolony, że wybrałem studia na Budowie Okrętów Politechniki Gdańskiej, chociaż wybór ten był dość przypadkowy.

Praca w stoczni i rodzina całkowicie wypełniały moje życie, które toczyło się utartym trybem w socjalistycznej Polsce. Wiele rzeczy w tamtej rzeczywistości mi się nie podobało, ale nadziei na jakieś większe zmiany nie było. System komunistyczny w tej części Europy wydawał się być trwały i wieczny. Trzeba było się nauczyć w nim w miarę przyzwoicie i dostatnio żyć korzystając z możliwości, jakie ten ustrój dawał. Przyszedł jednak sierpień 1980 r.. Do naszej stoczni dotarła informacja o strajku w Stoczni Gdańskiej. Początkowo nikt nie przywiązywał większej wagi do tego wydarzenia. Jednak następnego dnia rano, zbulwersowała nas wiadomość, że na wydziałach kadłubowych zaczęło się coś dziać, robotnicy przerwali pracę i w dużych grupach idą pod bramę stoczni. Na ich czele szedł młody robotnik. Obserwując to wydarzenie z okien biura konstrukcyjnego nie dawaliśmy mu szans, że potrafi ten strajk utrzymać i zapanować nad sytuacją. Wkrótce okazało się, że bardzo się myliliśmy. Ten młody jak się później dowiedzieliśmy, dzień wcześniej przyjęty do pracy w stoczni robotnik, okazał się świetnym organizatorem i przywódcą strajku. Z wózka elektrycznego zrobiono podium, z którego Andrzej Kołodziej, bo tak nazywał się ten młody robotnik, kierował zgromadzonym pod bramą główną stoczni tłumem robotników. Wybrano Komitet Strajkowy na czele z Andrzejem Kołodziejem, który przejął kierownictwo nad stocznią. Postanowiono, że będzie to strajk okupacyjny, solidarnościowy ze Stocznią Gdańską. Po godzinie 15:00 część pracowników stoczni wróciła do domu. Większość jednak została na noc w stoczni. Ja wraz z kolegami z mojej pracowni zdecydowaliśmy, że zostajemy i wspieramy swoją obecnością ten strajk solidaryzując się ze Stocznią Gdańską. Całe życie strajkowe koncentrowało się pod bramą stoczni gdzie dyskutowano o zaistniałej sytuacji i rozważano różne posunięcia i działania na najbliższe dni i godziny. Trybuna była na wózku a przed wózkiem rozstawiono ławki i tak powstała swego rodzaju sala konferencyjna. Przemawiający mieli do dyspozycji ręczny megafon, więc byli słyszalni, bo radiowęzeł nie został przez dyrekcję udostępniony strajkującym. Zbliżała się niedziela, więc wielu stoczniowców zaczęło mieć wątpliwości czy zostać w stoczni, czy wrócić do domu i pójść do kościoła. Kierownictwo strajku wpadło na pomysł, aby zorganizować msze św. w stoczni. Udało się do tego pomysłu przekonać księdza Jastaka. Kiedy ogłoszono decyzję, że ksiądz Hilary Jastak z parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdyni odprawi w niedzielę rano w stoczni mszę św. wśród stoczniowców zapanował podniosły, radosny nastrój. Wszyscy uświadomiliśmy sobie, że dzieją się bardzo ważne wydarzenia, które przejdą do historii. Robotnicy z entuzjazmem przystąpili do porządków na placu przed bramą a na wydziale drzewnym wykonano w ciągu nocy krzyż, ołtarz i inne przedmioty niezbędne do liturgii mszy św. W niedzielę rano plac przed bramą, na którym wcześniej był bród i bałagan, świecił czystością i prezentował się godnie do odprawienia mszy św. Jestem przekonany, że ta msza św. była momentem przełomowym w tym strajku. Homilia księdza Jastaka była bardzo wzruszająca i trafiła do serc nie tylko pracowników wierzących. Od tego momentu nie mieliśmy już wątpliwości, że trzeba trwać w tym strajku do skutku. Wiedzieliśmy, że w Stoczni Gdańskiej nastąpiło zachwianie, z powodu osiągnięcia podstawowych celów tamtejszego protestu, ogłoszono koniec strajku i część pracowników wróciła do domu. Jednak determinacja, zwłaszcza strajkujących kobiet, spowodowała, że postanowiono kontynuować strajk solidarnościowy z innymi zakładami pracy. Nasza stocznia strajku nie przerwała nawet na moment. Ja byłem zdeterminowany pozostać w stoczni do końca.

Miasteczko strajkowe i życie podczas strajku

W krótkim czasie powstało w stoczni dobrze zorganizowane „miasteczko strajkowe”, którym kierował Komitet Strajkowy z Andrzejem Kołodziejem na czele. Przejęto radiowęzeł, zorganizowano służby porządkowe, straże pilnujące dostępu do stoczni, punkty obserwacyjne na dachach biurowców a nawet pocztę strajkową. Stołówki działały normalnie, więc nie było problemów z wyżywieniem. Również ambulatorium stoczniowe, którego pracownicy wspierali strajkujących funkcjonowało w miarę normalnie i w razie potrzeby dbało o zdrowie strajkujących. Noclegi wszyscy sobie organizowali we własnym zakresie. Tutaj najbardziej pożyteczny okazał się styropian, którego arkusze z polecenia Komitetu Strajkowego zostały wydane robotnikom z magazynów. Służyły one, jako materace, ale wkrótce ich zastosowanie przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Pomysłowi robotnicy budowali sobie ze styropianu domki noclegowe i wkrótce powstało całe miasteczko ze styropianu i stało się obiektem tak charakterystycznym dla Stoczni Komuny Paryskiej, że zdjęcia tego styropianowego miasteczka poszły w świat.

Codzienność podczas strajku w Stoczni Komuny Paryskiej

Życie w stoczni toczyło się ustabilizowanym rytmem. Koncentrowało się ono na placu przed bramą stoczni. Tam się rozchodziły informacje o tym, co się dzieje w stoczni, co zamierza Komitet Strajkowy, co się dzieje w kraju, co się dzieje w innych zakładach pracy a zwłaszcza w Stoczni Gdańskiej gdzie obradował Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Na placu pod bramą stoczni dyskutowano o problemach stoczni, zgłaszano postulaty pod adresem władz, rozważano różne warianty i możliwości zakończenia strajku. Pod bramą stoczni kwitło również życie towarzyskie oraz kulturalno-rozrywkowe. Tu udzielali nam wsparcia aktorzy i inni solidaryzujący się ze strajkiem mieszkańcy Trójmiasta i okolic.Tu powstał skomponowany przez jednego stoczniowca i następnie śpiewany przez nas „hymn strajkowy”. Ta pieśń podnosiła nas na duchu i jednoczyła w walce o nasze postulaty strajkowe.

Drukarnia strajkowa i działalność na rzecz protestu

Wszyscy mieliśmy świadomość zagrożeń ze strony władzy, mając zwłaszcza w pamięci wydarzenia z grudnia 1970 roku. Podziwialiśmy i szanowaliśmy przywódców strajku zdając sobie sprawę, że w przypadku niepowodzenia oni poniosą największe konsekwencje, które mogą być bardzo surowe. Większość z nas starała się być pożytecznymi i wspierać strajk również czynem. Pełniliśmy warty nocą w newralgicznych miejscach wzdłuż stoczniowego płotu, prowadziliśmy obserwację otoczenia stoczni z dachu biurowca, pracowaliśmy przy obsłudze poczty strajkowej, którą, nota bene, założył główny projektant Biura Projektowo-Konstrukcyjnego inż. Sankowski. Kiedy udało się włamać do stoczniowej drukarni, którą drukarze na polecenie dyrekcji zamknęli i opuścili stocznię, pomagaliśmy drukować biuletyny strajkowe. Udało się ściągnąć do stoczni zawodowego drukarza, który nauczył nas jak obsługiwać maszyny drukarskie. W ten sposób powstała jedyna, wśród strajkujących zakładów pracy, drukarnia z prawdziwego zdarzenia. Pod drukarnią, w obawie o jakiś sabotaż, non stop dyżurowała grupa stoczniowców (nocując na styropianie) pilnując, aby nikt niepowołany nie dostał się do drukarni. W drukarni na ogół pracowaliśmy nocą mając świadomość, że możemy ponieść surowe konsekwencje za taką działalność. Pewnej nocy w drukarni pojawił się dziennikarz z aparatem fotograficznym chcąc udokumentować działalność prawdziwej drukarni pracującej na potrzeby strajku. Robiąc zdjęcia sugerował nam abyśmy starali się nie pokazywać twarzy, bo nie wiadomo, w jakie ręce wpadną te zdjęcia, i jak mogą one być wykorzystane.

Porozumienie z rządem i zakończenie strajku

Strajk rozlał się na cały kraj i jego siła oraz znaczenie rosło z dnia na dzień. Cały świat już o nim wiedział i się nim żywo interesował. Dziennikarze z całego świata przyjeżdżali do Gdańska i starali się dostać do stoczni gdzie było centrum strajku, gdzie gromadzili się doradcy i przybywali delegaci ze wszystkich strajkujących w Polsce zakładów pracy. Mieliśmy świadomość, że to nie my, nie nasza stocznia jest w centrum uwagi władz i Polaków, ale czuliśmy się ważni i potrzebni, jako ci, którzy współtworzą nową rzeczywistość, budują nowy, niezależny od władz związek zawodowy, że z naszym udziałem rodzi się SOLIDARNOŚĆ. Negocjacje z rządem się przeciągały. Część moich kolegów czuła się już zmęczona tym strajkiem okupacyjnym. Warunki pobytu w stoczni, oględnie mówiąc, nie były komfortowe (spaliśmy na podłodze okrywając się kufajkami). Ja byłem zdeterminowany dotrwać do końca i nie miałem zamiaru opuszczać stoczni. Kiedy 30 sierpnia doszło do porozumienia z rządem, poczuliśmy wielką ulgę i radość, że nasz dwutygodniowy pobyt w stoczni nie poszedł na marne i zakończył się sukcesem. Opuszczając stocznię w niedzielę, byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi.

Powstanie Solidarności i działalność po strajku

Teraz zaczęła się praca nad organizację nowego, niezależnego od władz związku zawodowego. Wszyscy gremialnie zapisywali się do Solidarności, więc jej siła i znaczenie szybko rosło, ale władza nie zamierzała się całkowicie poddać i zaczęły się przepychanki. Członkowie Komitetu Strajkowego stawali się organizatorami i władzami nowego związku.

Komitet Budowy Pomników Ofiar Grudnia 1970 roku

Powstał również Komitet Budowy Pomników Ofiar Grudnia 1970 r.. Z inicjatywy tego komitetu Poczta Polska w rocznicę tamtych wydarzeń w grudniu 1980 r.. stosowała okolicznościowe stemple pocztowe a w następnym roku wydała znaczki z wizerunkami pomników. Jako zagorzały filatelista zaangażowałem się w tę sprawę i z ramienia Komitetu Budowy Pomników Ofiar Grudnia 1970 zorganizowałem stoisko filatelistyczne na poczcie głównej Gdynia 1.Stemplowaliśmy tam okolicznościowym datownikiem znaczki, specjalne koperty i karty pocztowe. Zainteresowanie tymi walorami było bardzo duże. Ludzie obawiali się, że niedługo tego typu znaczki, karty i stemple mogą być zakazane. Ludzie przychodzący do naszego stoiska na poczcie, w związku z napiętą sytuacją w kraju, często wyrażali obawy, co będzie z Solidarnością w najbliższej przyszłości. Pocieszaliśmy ich i siebie, że wszystko się skończy dobrze. Niestety nasz optymizm się nie potwierdził i 13 grudnia 1981 r. władza komunistyczna ogłosiła wprowadzenie stanu wojennego na terenie całego kraju.

Stan wojenny i pacyfikacja stoczni

Kiedy w poniedziałek 15 grudnia szedłem do pracy w stoczni byłem przekonany, że musimy znów zacząć strajk okupacyjny w proteście przeciwko rozwiązaniu Solidarności i wprowadzeniu stanu wojennego. Po godz. 15:00 wielu pracowników nie wierząc w skuteczność strajku wróciło do domu. Ja wraz kolegami zostałem wychodząc z założenia, że trzeba dać wyraźnie władzy do zrozumienia, że nie akceptujemy stanu wojennego i nie zrezygnujemy z naszych praw i zdobyczy wywalczonych w sierpniu 1980 r..

W nocy pod stocznią pojawiły się oddziały ZOMO. Wyłamały bramę i wezwały stoczniowców do opuszczenia stoczni. Komitet strajkowy przez radiowęzeł wezwał nas do zebrania się pod bramą by w zwartym szeregu bronić zomowcom wstępu na teren stoczni. Staliśmy naprzeciwko zwartym szeregom zomowców uzbrojonych w tarcze i pałki. Przez megafony zaczęli ponownie wzywać nas do powrotu do domu. Ponieważ nie reagowaliśmy na ich wezwania, zaczęli walić pałkami w tarcze i wolno przesuwać się w naszą stronę spychając nas w głąb stoczni. Wówczas padło hasło (rzucone przez inż. Kniażyckiego): wycofujemy się do biura, bo nie mamy szans ani możliwości walki z uzbrojonymi w tarcze i pałki zomowcami. Stwierdziliśmy, że daliśmy wyraźny dowód, że nie akceptujemy stanu wojennego i likwidacji związku zawodowego Solidarność. Więcej nie zdziałamy, bo siła jest po stronie władzy i postanowiliśmy rozejść się do domów.

Powrót do pracy w czasie stanu wojennego

Stocznia została opanowana przez ZOMO i zamknięta. Praca w stoczni została zawieszona na kilka tygodni. Powtórny powrót do pracy był możliwy po podpisaniu deklaracji o lojalności wobec władz. W gronie kolegów po dyskusji doszliśmy do wniosku, że taka deklaracja nie będzie miała większego znaczenia. Trzeba ją podpisać, aby wrócić do pracy w stoczni i dalej postępować zgodnie ze swoim sumieniem i dalej, w miarę możliwości, działać w celu osłabiania komunistycznej władzy i demokratyzacji kraju a przede wszystkim odzyskania wolnych związków zawodowych.

Praca w Stoczni im. Komuny Paryskiej po stanie wojennym

W styczniu 1982 ponownie zacząłem pracę w stoczni. Nastoje były bardzo minorowe, wszyscy czuliśmy się przegrani, zniewoleni i poddani rygorom stanu wojennego. Staraliśmy się dalej pracować i żyć normalnie, wykonując swoje obowiązki w pracy i w domu. Większość pracowników pogodziła się z nową sytuacją i straciła nadzieję, że uda się jeszcze coś w kraju zmienić i odzyskać zdobycze z sierpnia 1980 r.. Praca była dla nas bardzo ważna, bo mieliśmy na utrzymaniu rodziny. Jako stoczniowcy czuliśmy się ważni i potrzebni a budowa statków dawała nam dużo satysfakcji, więc pilnowaliśmy się, aby jej nie stracić.

36 lat pracy w Stoczni im. Komuny Paryskiej

Ja pracę w Stoczni im. Komuny Paryskiej, która zrefundowała mi stypendium fundowane z CBKO 2, rozpocząłem w marcu 1973 r.. Dziesięcioletni staż pracy związał mnie ze stocznią na dobre i złe.

Praca w Biurze Projektowo-Konstrukcyjnym i wyjazd do Norwegii

Jak już wspominałem wcześniej zastąpiłem w pracy kolegę Bronisława Tarnackiego, który udał się w rejs dookoła świata na jachcie „Copernicus”. Przez wiele lat pracowałem w nadzorze w Biurze Projektowo-Konstrukcyjnym. Szybko się do tej pracy wdrożyłem i zdobyłem zaufanie kierownika pracowni. Jako młody pracownik biura konstrukcyjnego zostałem wysłany wraz z innymi stoczniowcami na swego rodzaju praktykę do Norwegii do stoczni budującej statki do przewozu skroplonego gazu. Nasza stocznia planowała budowę takich statków w najbliższej przyszłości. Czułem się wyróżniony, wyjazd za granicę w tamtych czasach był dużą atrakcją, i z wielką ciekawością czekałem na ten wyjazd. Nie obyło się bez wizyty na SB, która nawiązując do moich kontaktów z nimi w Gdańsku, po wydarzeniach z marca 1968r, próbowała mnie zwerbować do pracy dla nich. Oświadczyłem im, że nie nadaję się na szpiega ani jakiegoś agenta, który będzie informował o zaobserwowanych za granicą obiektach wojskowych. Mimo to bez przeszkód wyjechałem do Norwegii i bardzo sobie cenię zdobyte tam doświadczenie i wiedzę o budowie gazowców. Po powrocie musiałem złożyć kolejną wizytę na SB i opowiedzieć, co się tam działo. Niestety nie miałem dla nich żadnych wiadomości poza oświadczeniem, że w Norwegii zaczepiał nas pewien Polak, którego traktowaliśmy jak pracownika SB i nie daliśmy się sprowokować. Po tym spotkaniu SB dało mi spokój i więcej już z nimi kontaktów nie miałem. Nawet w 1988 r.., kiedy wyjeżdżałem na kontrakt z ramienia firmy Elektromontaż Export do ZSRR i obawiałem się utrudnień z ich strony, w ogóle się mną nie zainteresowali. A był to okres, kiedy Solidarność postanowiła wychodzić z podziemia i na nowo zakładać oficjalne struktury związkowe w zakładach pracy. Ja, ponieważ nie było zbyt wielu chętnych do ujawniania się, zdecydowałem się do wejścia w skład jawnego komitetu założycielskiego Komisji Zakładowej Solidarność Stoczni im. Komuny Paryskiej. Wcześniej działałem, w miarę swoich możliwości, w nieoficjalnych strukturach Solidarności. Robiłem to z obowiązku, ponieważ czułem się nadal członkiem związku i uważałem, że należy robić cokolwiek, aby osłabiać komunistyczny system w Polsce. Nie było wielu chętnych do takiej działalności. Lepsi ode mnie odpuścili sobie członkostwo w Solidarności uważając, że sprawa jest przegrana. Ja zbierałem, dyskretnie, składki związkowe od kolegów, którzy poczuwali się do tego obowiązku. Przekazywałem je kolegom z podziemnej Solidarności na wydział maszyn i obrabiarek. Organizowałem prace porządkowe przy pomniku poległych stoczniowców w grudniu 1970 r. przy ul. Czechosłowackiej. Chodziłem na manifestacje i brałem, w miarę możliwości (miałem żonę i dwójkę małych dzieci), udział w protestach. Pamiętam jak w okresie stanu wojennego w dniu pierwszego maja zebraliśmy się w rejonie kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa i postanowiliśmy włączyć się całą dużą grupą w oficjalny pochód pierwszomajowy i skandując Solidarność przemaszerowaliśmy przed trybuną przy Skwerze Kościuszki.

Podziemna Solidarność i działalność w stoczni

Na prośbę Maćka Orłowskiego, który działał w strukturach podziemnej Solidarności, wnosiłem do stoczni tzw. „bibułę”, czyli drukowane w podziemiu gazetki i nielegalne wydawnictwa. Polegało to na wstąpieniu, rano po drodze do pracy w stoczni, do jednej z kamienic na ulicy Śląskiej gdzie na strychu w skrzyni z piachem kolega zostawiał pakiet nielegalnej bibuły. Ja pobierałem tę bibułę ze skrzyni i chowając za pazuchę szedłem do stoczni starając się, nie zwracając uwagi strażników, wnieść ją przez bramę na teren stoczni. Następnie szedłem do przychodni zdrowia i w gabinecie jednej pani doktor zostawiałem cały pakiet nie mając wiedzy, co się z nim dalej dzieje ani kto rozprowadza tę gazetkę wśród stoczniowców. Cała zasada konspiracji polegała na tym, aby wiedzieć tylko tyle ile było niezbędne do wykonania zadania. Jak najmniej nazwisk, kontaktów i wiedzy o podziemnych strukturach. Wnoszoną na teren stoczni „bibułą” był między innymi nasz stoczniowy biuletyn pt. „Kadłub” redagowany przez podziemne struktury Solidarności. Byłem również jednym z redaktorów tego biuletynu. Pisywałem artykuły do naszej stoczniowej nielegalnej gazetki/biuletynu pt. „Kadłub”, pod pseudonimem „eRka”. Były to na ogół komentarze do bieżących wydarzeń w naszej stoczni jak i również w kraju. Teksty te pisałem na małej czeskiej maszynie do pisania przez kalkę i przekazywałem Maćkowi Orłowskiemu, a on zajmował się redagowaniem całości i dostarczaniem do podziemnej drukarni. Później, kiedy zorientowałem się, że może interesować się mną SB, postanowiłem wszystkie te teksty jak i kopie biuletynu „Kadłub” zniszczyć, czego żałuję, bo moje obawy się nie potwierdziły.

Jawna działalność Solidarności w 1988 roku

Jesienią 1988 r. po nieudanych strajkach w naszej stoczni i po rozwiązaniu strajku w Stoczni Gdańskiej zapadła decyzja, aby zacząć jawną działalność związkową. We wrześniu 1988 r.. powstaje komitet założycielski Komisji Zakładowej Solidarności w stoczni pod kierownictwem Romana Stegarta. Nie było zbyt wielu chętnych, aby ujawnić swoją działalność w Solidarności i wejść w skład komitetu założycielskiego, więc ja się zdecydowałem. Spotykaliśmy się na plebanii kościoła w Małym Kacku i omawialiśmy możliwości dalszych legalnych już działań związkowych. Moja aktywność w tej komisji była niewielka, bo wkrótce wyjechałem na kontrakt do Związku Radzieckiego, również z inicjatywy Maćka Orłowskiego, który też na ten kontrakt miał jechać, ale nic z tego nie wyszło. Najbardziej utkwiło mi w pamięci spotkanie naszej komisji na plebanii kościoła w Małym Kacku z Lechem Kaczyńskim. Lech Kaczyński, wówczas aktywny działacz podziemnej Solidarności spotkał się z nami, aby jako prawnik doradzać nam jak mamy postępować, czego unikać, aby nie dać pretekstu władzom do zakazania nam działalności i aresztowań z powodu łamania prawa.

Kontrakt w Związku Radzieckim i powrót do Polski

Cały 1989 rok spędziłem na kontrakcie w Związku Radzieckim. W mieście Wołżskij pod Wołgogradem gdzie włoska firma Italimpianti budowała dla ZSRR kombinat metalurgiczny. Podwykonawcą tej firmy był Elektromontaż Export i ja pracowałem tam jako przedstawiciel tej firmy mając pod swoim kierownictwem, w szczytowym okresie budowy, ponad 400 pracowników z Polski. Praca była ciekawa i absorbująca. Czas szybko leciał, a tymczasem w Polsce działy się bardzo ważne rzeczy, niestety bez mojego udziału. Obserwowałem to z dystansu i nie mogłem się doczekać powrotu do kraju. Kiedy w styczniu 1990 r. wróciłem do kraju, była to już całkiem inna Polska.

Powrót do Stoczni Gdynia po 1989 roku

Wróciłem do pracy w Biurze Projektowo-Konstrukcyjnym Stoczni im. Komuny Paryskiej, jako projektant w pracowni KS. W stoczni panowała już zupełnie inna atmosfera, było dużo więcej swobody, bramy zostały przesunięte tak, że do biura konstrukcyjnego można było wchodzić bez przepustki. Zmieniło się kierownictwo, powstała Rada Pracownicza składająca się z pracowników stoczni, na której czele stanął Henryk Ogryczak pracownik biura handlowego. Znałem go dobrze z wcześniejszych kontaktów służbowych. On również kończył, rok przede mną wydział Budowy Okrętów Politechniki Gdańskiej. Działały związki zawodowe, również związek zawodowy Solidarność z przewodniczącym Januszem Śniadkiem na czele. Wydawany był Biuletyn Informacyjny NSZZ „SOLIDARNOŚĆ” Stocznia Gdyńska. Na prośbę Macka Orłowskiego zgodziłem się zostać jednym z redaktorów tego biuletynu i pisywałem do niego artykuły opisując różne ważne, często kontrowersyjne, wówczas tematy. Między innymi, wiosną 1991 r. przeprowadziłem wywiad z Andrzejem Kołodziejem, w jego mieszkaniu nad ul. Abrahama w Gdyni, przywódcą strajku w sierpniu 1980 r.. To było dla mnie, bardzo ważne spotkanie i możliwość bliższego poznania jednego z bohaterów sierpnia 1980 r. i niezłomnego opozycjonisty z lat osiemdziesiątych.

Praca asystenta prezesa Stoczni Gdynia

Przewodniczącego Janusza Śniadka dobrze znałem, bo wcześniej pracowaliśmy razem w biurze projektowym i działaliśmy w podziemnej Solidarności. Kiedy Stocznia została przekształcona w Spółkę Skarbu Państwa i na prezesa powołano Henryka Ogryczaka, Janusz Śniadek zaproponował, abym został jego asystentem. Po głębszym zastanowieniu zdecydowałem się przyjąć tę propozycję. Przez kilka lat pracowałem na tym stanowisku, ale praca ta nie dawała mi pełnej satysfakcji. Wszyscy, zarówno zarząd stoczni jak i współpracujące z nami firmy a także banki, uczyliśmy się działania w nowych kapitalistycznych, wolnorynkowych warunkach. Zarządzanie tak dużą firmą jak stocznia, zapewnienie jej finansowania i umiejętność działania na międzynarodowym rynku okrętowym wymagało zupełnie innego podejścia do dotychczasowych obowiązków i zadań. Do stoczni przyjeżdżali różni fachowcy, doradcy i biznesmeni z Zachodu, z którymi Prezes prowadził długie rozmowy i negocjacje nabywając, w ten sposób wiedzę i doświadczenie w kierowaniu z zyskiem stocznią. Ja, jako jego asystent, byłem tylko obserwatorem tych działań i nie miałem możliwości aktywnego udziału w pracy zarządu. Dlatego też, kiedy nastąpiła zmiana na stanowisku Prezesa Zarządu i został nim Stanisław Żebrowski postanowiłem wrócić do pracy w Biurze Projektowo-Konstrukcyjnym.

Praca Głównego Projektanta i budowa nowoczesnych statków

Praca w biurze konstrukcyjnym na stanowisku Głównego Projektanta sprawiała mi znacznie więcej satysfakcji. Czułem, że jest to zajęcie zgodne z moim wykształceniem i moimi zainteresowaniami. Praca była o wiele ciekawsza i bardziej absorbująca. Miałem bezpośredni kontakt z armatorami i inspektorami towarzystw klasyfikacyjnych. Dzięki ich innemu spojrzeniu na problemy budownictwa okrętowego, dzięki ich sugestiom i wymaganiom odnośnie budowanych statków wiele mogłem się od nich nauczyć. Aby sprostać wymaganiom armatorów, co do konstrukcji i parametrów efektywności zamawianych statków często musieliśmy wprowadzać zmiany w projektach. Zmuszało to nas nas projektantów, do większego zaangażowania się w nowe projekty i wprowadzania zmian i innowacji w nowych budowach, aby sprostać międzynarodowej konkurencji.

Konkurencja na światowym rynku stoczniowym

Projektowaliśmy i budowaliśmy nowoczesne statki. Armatorzy byli zadowoleni i mimo uwag i pewnych zastrzeżeń odnośnie do jakości niektórych prac, a także organizacji pracy, chwalili stoczniowców i zamawiali kolejne jednostki. Niestety, w systemie kapitalistycznym, w którym teraz przyszło nam działać, zaczęły się bardzo liczyć koszty i opłacalność produkcji. Ceny naszych statków były konkurencyjne na światowym rynku, ale często zamiast zysku przynosiły straty. Stocznie na Dalekim Wschodzie były konkurencją nie do pobicia. Były lepiej zorganizowane, miały tanią siłę roboczą a często również wsparcie państwa. Produkowały statki podobne do naszych, ale szybciej i taniej. Aby sprostać tej konkurencji musieliśmy sprzedawać budowane przez nas jednostki często poniżej kosztów. Dofinansowanie ze strony państwa się kończyło. Unia Europejska narzuciła takie warunki, że pomoc państwa dla stoczni była niedozwolona.

Restrukturyzacja i likwidacja Stoczni Gdynia

Podjęto decyzję o restrukturyzacji stoczni, aby podnieść wydajność i ograniczyć koszty. Zmieniało się kierownictwo stoczni, ale restrukturyzacja szła jak po grudzie. Armatorzy zwracali się do stoczni z zamówieniami na nowe statki ale po wykonaniu projektu akwizycyjnego i obliczeniu kosztów budowy cena sprzedaży stawała się niekonkurencyjna. Zamówienie szło na Daleki Wschód. Stocznia zamiast zysku generowała straty i w Warszawie podjęto decyzję o likwidacji Stoczni Gdynia w 2009 r..

Zakończenie pracy w Stoczni Gdynia i przejście na emeryturę

Ja miałem nadzieję, że będę pracował w stoczni, o ile mi zdrowie pozwoli, do 70. roku życia. Kiedy zapadła decyzja o zamknięciu Stoczni Gdynia i zaproponowano mi przejście na wcześniejszą emeryturę, która była w tamtym momencie korzystna, to podjąłem decyzję o zakończeniu pracy w czerwcu 2009 r.. I tak po 36 latach pracy w stoczni przeszedłem na emeryturę.

Waldemar Pasturczak, Gdynia 2025

Najnowsze

Przeczytaj również

Wspomnienia Stoczniowców: inż. Jerzy Miotke

Inż. Jerzy Miotke – Kierownik Wydziału Elektrycznego W-4 Dzieciństwo...

Wspomnienia Stoczniowców: mgr inż. Zenon Stefański

Zenon Stefański - mgr inż. budowy okrętów, w Stoczni:...

Wspomnienia Stoczniowców: Wspomnienie o dr. inż. Janku Cwynarze

Wspomnienie o dr. inż. Janku Cwynarze Winston Churchill powiedział kiedyś...