Klub Techniki i Racjonalizacji w Stoczni

W stoczni Klub Techniki i Racjonalizacji powstał w 1951 roku, ale już dużo wcześniej, ponieważ zaraz po wyzwoleniu, zaczęli w niej funkcjonować racjonalizatorzy.

Pierwszymi z nich byli: Franciszek Białobok, Czesław Jeryś i inż. Bolesław Przybylski. Później dołączyli do nich: Piotr Dąbrowski, Brunon Jabłoński, Jan Koralewski, mgr inż. Łańcucki, mgr inż. Jan Pawełczak, mgr inż. Henryk Szarmach i Jan Śliwka.

W tamtych czasach sprawami tymi odgórnie zajmowała się w stoczni Sekcja Postępu Technicznego i Wynalazczości.

Na czele jej stał Zdzisław Pilichowski. 

klub Techniki i Racjonalizacji
C. Jeryś. Ze zb. K.Stefańskiego
klub Techniki i Racjonalizacji
J. Śliwka. Ze zbioru K. Stefańskiego
klub Techniki i Racjonalizacji
  B. Przybylski. Fot. MORZE nr 9/1953 r.

Mocno rozwijał się ruch racjonalizatorski w latach 1958–1964. W 1963 roku zakładowy KTiR zdobył I miejsce we współzawodnictwie klubów resortu elektromaszynowego. Jego działalność dawała zawsze duże efekty. Realizacja projektów racjonalizatorskich w 1958 roku dała oszczędności w wysokości 4 mln zł, w latach sześćdziesiątych było to co roku ponad 12 mln, a w 1971 roku aż 23 mln zł.

Jednym z najbardziej aktywnych i pracowitych racjonalizatorów był w latach 1956 – 1964 Czesław Jeryś. Suma oszczędności ze zgłoszonych przez niego projektów wyniosła 1 257 007 zł. Był on jednocześnie wieloletnim doradcą technicznym ds. ekonomicznych w KTiR. 

W latach 1951 – 1958 na czele klubu stał inż. Łańcucki, w latach 1958 – 1972 inż. Wincenty Chomiczewski, a po nim mgr inż. Bolesław Bagiński.

Klub Techniki i Racjonalizacji
W. Chomiczewski. Fot.ze zb. K. Stefańskiego
Klub Techniki i Racjonalizacji
B. Bagiński. Fot. ze zb. K. Stefańskiego

Pierwsze odznaki Zasłużonych Racjonalizatorów otrzymali: Roman Chudzicki, Nikodem Ermanowicz, Zygmunt Gostomski, Józef Holke i Stefan Kubala.

W 1975 roku rozpoczął się długi okres przewodniczenia klubowi przez mgr inż. Zenona Stefańskiego, wcześniej jego Wiceprzewodniczącego. Działem Wynalazczości i Racjonalizacji kierował wówczas inż. Zbigniew Tomaszewski.

Działalność i sukcesy stoczniowego Klubu Techniki i Racjonalizacji

klub Techniki i Racjonalizacji
Przemawia Z. Stefański. Pierwszy obok Z. Tomaszewski. Fot. ze zbioru K. Stefańskiego

Zenon Stefański: „Każdy duży zakład pracy, w tym taki jak stocznia zatrudniająca ponad 10 tysięcy pracowników, tętni życiem organizacyjnym, społecznym i produkcyjnym. Podstawową i nadrzędną działalnością jest produkcja, w naszym wypadku budowa od podstaw różnego rodzaju statków, tych największych pływających obiektów myśli inżynierskiej.
Produkcja jest wynikiem szeregu łączących się działań organizacyjnych, społecznych, kulturalnych, propagandowych i fizycznych.
Działają tam organizacje o kierunku służbowym, to jest administracja zakładu i jej agendy społeczne, jak Rada Zakładowa, Klub Techniki i Racjonalizacji, Stowarzyszenia Inżynierów i Techników zrzeszane w Naczelnej Organizacji Technicznej. Obecne są również organizacje polityczno–społeczne: Polska Zjednoczona Partia Robotnicza i Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, które to działają w kierunku wykonania zadań produkcyjnych zakładu i poprawy warunków materialno–kulturalnych życia wielotysięcznej załogi stoczni.
Ważną funkcję mającą wpływ na finanse i oszczędności zakładu pełni Klub Techniki i Racjonalizacji, obecny w nim od 1951 roku.
Informuje on stoczniowców o ich pracy i osiągnięciach, o prawie wynalazczym i postępie technicznym.

Racjonalizacja produkcji daje wewnętrzne zadowolenie z tego, że jest się dobrym stoczniowcem i przyczynia się swoją pracą do wykonania zadań produkcyjnych, obniżenia kosztów produkcji i polepszenia jakości budowanych statków.
Poprawia ona również warunki materialne i kwalifikacje zawodowe racjonalizatora. Na pewno każda, nawet najdrobniejsza, zrealizowana myśl racjonalizatorska daje nam w sumie poważne efekty oraz przyczynia się do uproszczenia konstrukcji i technologii montażu urządzeń na naszych statkach. Przykładowo podaję wyniki tej działalności za ostatnie lata 1977 i 1976.
Ilość projektów zgłoszonych: 765 i 911, ilość projektów załatwionych pozytywnie: 397 i 420, efekty ogółem w złotych: 62 517 000 i 73 187 000, oszczędność stali w kg: 625 900 i 1 104 000.

Klub urządza różnego rodzaju giełdy i konkursy. Przykładowo w 1976 roku w Konkursie BHP pierwszą nagrodę uzyskał inż.
Stanisław Kreft z Biura Rozwoju, w Konkursie „Najlepszy Wydział”–Rurownie i jej kierownik inż. J. Mik oraz doradca inż. Andrzej Hozakowski. „Przodującym Racjonalizatorem Stoczni” został S. Czortek z Wydziału Kadłubowego. Konkurs „Usprawniamy konstrukcję i technologię budowy statków” wygrali M. Naleziński, Z. Nowicki i J. Urbanek za „Zmianę konstrukcji kilbloku”.
Twórcy wynalazku P167571 dali stoczni 12 milionów złotych oszczędności. To była grupa inżynierów: Józef Borowski, Jan Kaznowski,
Maciej Namysł, Andrzej Rawicz i Józef Talaga. Inni czołowi racjonalizatorzy, to: technik Zygfryd Nowicki, inż. Henryk Naleziński, mistrz Wydziału Rurarskiego Wiktor Strachota, frezer z Wydziału Drzewnego Franciszek Dondalski, Zygmunt Gostomski, kierownik Wydziału Obsługi Energetycznej inż. Wiesław Syrunowicz, Jan Walder, Stefan Ohs, inż. Andrzej Hozakowski i inż. Wacław Frączek.

Stocznia w roku 1976 prowadzi dalszą rozbudowę swych zakładów oraz wyrobów i technologii produkcji. Jest ona najbardziej zaawansowanym i przodującym zakładem w realizacji zastosowań wynalazczych i budowy nowych typów statków na podstawie licencji (budowa statków do transportu gazów technicznych skroplonych) i własnych opracowań (budowa masowców oraz statków rybackich) 1”.

klub Techniki i Racjonalizacji
Giełda Projektów Wynalazczych. Za stołem od lewej: T. Rogacewicz, Z. Stefański, Jaszewski, Konieczko. Fot. ze zbioru K. Stefańskiego

Rozmowa z Zenonem Stefańskim o potencjale i wdrożeniach wynalazków

Irena Rajska: ROZMOWA Z MGR INŻ. ZENONEM STEFAŃSKIM, PRZEWODNICZĄCYM ZAKŁADOWEGO
KLUBU TECHNIKI I RACJO– NALIZACJI W STOCZNI IM. KOMUNY PARYSKIEJ W GDYNI

– Jak długo już pełni pan funkcję przewodniczącego ZKTiR w stoczni?

–Bez przerwy od 1975 roku. Przedtem byłem wiceprzewodniczącym chyba z osiem lat.

–To jest funkcja społeczna. Czym natomiast zajmuje się pan zawodowo?

–Jestem specjalistą do spraw kadłubowych i licencji. Do stoczni przyszedłem w 1956 r., pracując tu początkowo jako projektant w Biurze Konstrukcyjnym, później na Wydziale Dokowym, który zajmuje się obsługą sprzętu pływającego, a od piętnastu lat jestem w Szefostwie Technicznym.

–Jak pan myśli, dlaczego ta funkcja przewodniczącego ZKTiR-u tak długo znajduje się w pańskich rękach?

–Czy ja wiem? Może to dlatego, że mam smykałkę do robienia propagandy i reklamy, zwłaszcza technicznej, m.in. piszę na tematy wynalazczości w „Głosie Wybrzeża”, „Dzienniku Bałtyckim”, „Głosie Stoczniowca”, a także i w „Nowatorze” – na łamach tych pism popularyzuję naszych racjonalizatorów. Oni są z tego zadowoleni.

– A nie ma pan ambicji być również twórcą?

–Swój pierwszy projekt racjonalizatorski złożyłem chyba w 1959 r. W sumie mam ich około 40, w tym dwa patenty i jeden wzór użytkowy,
w którego opracowaniu brałem udział w pięcioosobowym zespole. Ten wzór (już wdrożony), to nowa metoda tłoczenia w blasze wnęk okiennych na statkach. Dawniej robiło się je metodą spawania, a myśmy skonstruowali specjalny tłocznik, dzięki któremu za jednym uderzeniem na prasie „H. Smith – 700 ton”, wytłacza się ten element. Opracowaliśmy ów wzór dla czterech statków B–494
budowanych w Gdyni i Gdańsku. Jednakże nasze rozwiązanie może być używane w innych stoczniach i w przemyśle konstrukcji metalowych. Jestem współautorem projektu wynalazczego: „Zwiększenie zdolności produkcyjnych stoczni przez dodatkowe złomowanie statków”, co polega na wykorzystaniu naszych urządzeń do złomowania w dużo większym stopniu niż dawniej. Na naszym projekcie stocznia zarobiła dotychczas 1 928 548 zł, a piątka współautorów otrzymała 58 000 zł.

–W jakiej dziedzinie myśl racjonalizatorska znajduje najszersze zastosowanie?

–Jesteśmy stocznią produkcyjną, a więc przy budowie nowych statków, gdyż są tutaj duże możliwości ulepszeń, zarówno pod względem konstrukcyjnym, technologicznym, jak i wykonawczym. W tym ostatnim przypadku projekty racjonalizatorskie bywają realizowane od ręki, przed wydaniem decyzji na piśmie. Dzieje się tak przede wszystkim wtedy, gdy dotyczą one poprawek w dokumentacji.
Robotnik bowiem będąc na statku widzi, że pewne rzeczy można lepiej zrobić, czy też zręczniej dopasować, niż to jest w projekcie. Kiedyś była taka praktyka, że tylko uzgadniał te sprawy, a obecnie zgłasza także swoje propozycje w formie projektu racjonalizatorskiego.

–No ale po wdrożeniu mogą być trudności z otrzymaniem świadectwa racjonalizatorskiego i wynagrodzenia, czyż nie?

–Takiego wypadku jeszcze w naszej stoczni nie było, żeby raptem nie uznano za projekt racjonalizatorski tego, co wdrożono jako projekt.

–Przyjemnie to słyszeć, a jeszcze byłoby milej, gdyby zakłady pracy, które na tym tle mają czasem poważne konflikty z racjonalizatorami, brały z was przykład. Czy może pan powiedzieć dla kogo budujecie statki?

–Głównie na eksport. Najwięcej zamówień składa Norwegia, Szwecja, Francja. Dla przykładu podam, że szwedzkie przedsiębiorstwo żeglugowe „Stena Line” zamówiło w Polsce cztery nowoczesne promy pasażersko – samochodowe, z tego dwa buduje Stocznia im.
Komuny Paryskiej. Będą one największymi i najnowocześniejszymi w Europie. Każdy z nich przeznaczony jest dla 2 500 pasażerów i 700 samochodów.

– A jak by pan ocenił stan rozwoju racjonalizacji i wynalazczości w waszej stoczni?

– Nie można powiedzieć, że jest źle. W każdym razie w porównaniu z innymi zakładami województwa gdańskiego, ponieważ w latach 1975 i 1976 zajęliśmy dwukrotnie pierwsze miejsce we współzawodnictwie wojewódzkim oraz dwukrotnie otrzymaliśmywyróżnienie we współzawodnictwie ogólnopolskim.

– Nie składam gratulacji z powodu tego sukcesu, bo ma on już wymiar historyczny. Wszak zbliżamy się już do końca 1983 roku, więc jak jest obecnie?

– No, w tej chwili jest troszeczkę gorzej, bo takich wielkich osiągnięć nie ma.

– Dlaczego?

– Wiele przyczyn się na to składa, ale tutaj wymienię – moim zdaniem – najważniejsze. Po pierwsze wynalazcy uważają, że pieniądze, które się zarabia na racjonalizacji, nie są aż takie duże, żeby specjalnie o nie zabiegać. Wymaga się bowiem porządnego opracowania projektu, a to wiąże się z pewnym wysiłkiem myślowym.. Więc racjonalizator nie chce tego robić, bo ekwiwalent jaki otrzyma jest dosyć niski.
W ubiegłym roku średnio za jeden projekt zapłacono 7 760 zł, ale były też oczywiście wynagrodzenia po 1 000 zł. Robotnik, który niejednokrotnie zarabia więcej od inżyniera, twierdzi, że za te pieniądze nie opłaca mu się myśleć. Inaczej jest z pracownikami techniczno – inżynieryjnymi. Dla nich wynagrodzenie za wdrożone projekty jest wyraźną podporą domowego budżetu. Po wtóre – na niektórych wydziałach kierownicy traktują wynalazczość jak piąte koło u wozu.

– A jaki ma stosunek do wynalazczości dyrekcja? 

– Nie przeszkadza w jej rozwoju, ale też nie pomaga, bo ma znacznie ważniejsze sprawy na głowie, a mianowicie plany produkcyjne. Rozliczają ją bowiem nie za wynalazczość, a za ilość i terminowość. Takie jest życie i na razie nie da się tego przeskoczyć.
Zresztą rzecz nie w tym, żeby dyrekcja wymuszała pomysły racjonalizatorskie, bo i tak nic by to nie dało. One zawsze rodzą się oddolnie.

– A postawa szefów wydziału też nie ma wpływu na rozwój twórczej myśli?

– Owszem, ma. Gdzie kierownicy widzą korzyści z wynalazczości i dla stoczni, i dla załogi, i dla siebie, to tam jest dobrze.
Mamy kilka takich wzorowych wydziałów m.in. Rurowni, które posiadają prężną administrację oraz dobrych doradców technicznych. Z tych wydziałów właśnie spływa po 20–30 projektów rocznie, albo i więcej, a z innych 2–5.

– Pozwalam sobie wyciągnąć z tego wniosek, że działacze Zakładowego Klubu Techniki i Racjonalizacji, którzy są przecież powołani do propagowania idei wynalazczej, nie potrafią dotrzeć wszędzie ze swoją argumentacją. Czy mam rację?

– Zawsze można lepiej pracować. Musimy chyba staranniej dobierać doradców technicznych. Jednakże z drugiej strony zarówno ci doradcy, jak i wszyscy od których to zależy wdrożenie projektu, muszą być zainteresowani nie tylko propagandowo, ale również materialnie.
Obecnie otrzymują 50% tego, co racjonalizator. Jeśli on 10 tys. zł to tamci 5 tys., przy czym suma ta rozkłada się na kilka osób.
Uważamy, że dla ludzi pomagających wdrożyć projekt, winno ustalić się taką samą stawkę, jak dla racjonalizatora.

– Ponieważ sprawy finansowe przewijają się jak refren w naszej rozmowie, proponuję, żeby pan globalnie wygarnął, co w pańskim przekonaniu ujemnie rzutuje w tej dziedzinie na rozwój wynalazczości?

– Nie będzie to tylko mój pogląd, ale również innych osób, a przede wszystkim kierownika Działu Wynalazczości, inż.
Zbigniewa Tomaszewskiego (fot. 15), z którym ten problem już niejednokrotnie dyskutowałem. Otóż wydaje się nam, że wynagrodzenia za pracownicze projekty wynalazcze są zbyt skromne. Poza tym nasze przepisy emerytalne nie uwzględniają tych wynagrodzeń, a przecież każdy twórca wypracował sobie te pieniądze na terenie rodzimego zakładu. Byłoby więc rzeczą ze wszech miar słuszną i pożądaną, żeby przy ustalaniu wysokości emerytury brać pod uwagę także wynagrodzenia za projekty oraz przyśpieszenie wdrożenia.

– Zgadzam się z panem, że pieniądze odgrywają pewną, a nawet znaczną rolę, ale przecież nie stanowią jedynej motywacji. Motorem działania racjo- nalizatorów są także ambicja, pasja twórcza, odpowiedni klimat, który sprzyja lub nie ich działalności. Dlatego wydają mi się godne poznania wasze metody pracy z racjonalizatorami.

– Przede wszystkim staramy się ukazać pole działania. W tym celu wydajemy co roku wykaz tematów do rozwiązania. Każdy kto chce może podjąć się ich realizacji. Ponadto wspólnie z Działem Wynalazczości ustalamy zadania produkcyjne dla doradców technicznych. Urządzamy też konkursy i giełdy, które zawsze coś dają. Na przykład w ubiegłym roku z inicjatywy szefa technicznego, mgr inż. Stanisława Wojtysiaka oraz kierownika Działu Wynalazczości, inż. Zbigniewa Tomaszewskiego, ogłosiliśmy m.in. konkurs pt. „Antyimport”.
Chodziło o zastąpienie urządzeń i materiałów pochodzących z importu urządzeniami i materiałami krajowymi, oczywiście odpowiadającymi wymogom statków budowanych na eksport. Wpłynęło sporo ciekawych propozycji. Przykładowo wymienię trójkę bardzo operatywnych pracowników z Wydziału Obsługi Kadłubów: Kazimierza Górskiego, Władysława Madziara oraz Henryka Szyfalheina.
Otóż oni to importowanymi urządzeniami zautomatyzowanymi malują powierzchnie kadłubów. Niestety, szereg części trzeba wymieniać, więc zużyte zastępują krajowymi, które często sami robią, wzorując się na oryginalnych, starych częściach. Są to bardzo pomysłowi pracownicy i swoją zaradnością przedłużają żywot urządzeniom. Takich ludzi mamy w stoczni więcej.
Do ich grona należy również mistrz Wiktor Strachota, który od kilkunastu lat składa pomysły racjonalizatorskie. 

– A jak pomagacie racjonalizatorom, którzy czują się pokrzywdzeni np. z tego powodu, że odrzuca się ich projekty?

– Oni odwołują się do Działu Wynalazczości, gdzie projekt jest rozpatrywany jeszcze raz. Jeśli powtórnie zostanie odrzucony przez komórki opiniujące, to trafia na Komisję ds. Wynalazczości. Jeśli i tam sprawa wypada dla racjonalizatora niekorzystnie, piszemy na decyzji, że może wnieść zażalenie do ministra. Do tej pory z tej możliwości skorzystał tylko jeden człowiek, ale właśnie tylko ten jeden uważa, że jego wszystkie projekty powinny być realizowane. Inni nie mają tak wygórowanych, a ściślej, nierealnych wymagań.

– Ilu macie w stoczni racjonalizatorów?

– Zarejestrowanych 1 792, a projektów wynalazczych do rozpatrzenia wpływa rocznie w granicach 300 – 500.

– Dużo z tego zgłasza się do Urzędu Patentowego PRL? 

– Patentów mamy mało, gdzieś 6–8 rocznie, czasem mniej.

– W jakich grupach zawodowych jest najwięcej racjonalizatorów?

– Można powiedzieć, że istnieją we wszystkich grupach, ale najwięcej jest ich wśród ludzi, którzy pracują w bezpośrednim nadzorze produkcyjnym, czyli wśród mistrzów i brygadzistów. Natomiast inżynierowie rekrutują się przeważnie z Biura Konstrukcyjnego i Szefostwa Technicznego.

– Mówiliśmy jedynie o warunkach, jakie się tworzy dla rozwoju myśli wynalazczej i zachętach materialnych. Ale czy również wyróżniacie w jakiś sposób swoich racjonalizatorów?

– Stocznia Komuny Paryskiej, jako jeden z nielicznych zakładów w kraju, posiada własne odznaki racjonalizatorskie.
Trójstopniowe: brązową- „Racjonalizator stoczni”, którą otrzymuje każdy, kto ma na swoim koncie choć jeden wdrożony projekt,
srebrną – „Racjonalizator produkcji”,
złotą – „Zasłużony działacz racjonalizacji”. Ponadto komórka wynalazcza załatwiła z dyrekcją, że zasłużonemu racjonalizatorowi przyznaje się również odznakę zakładową „Zasłużony pracownik stoczni”. Bardzo nam zależy na tym, by mieć możliwość typowania najlepszych twórców na kandydatów do Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski.

Tak więc oprócz ogólnokrajowych, nasi twórcy dostają również zakładowe odznaki. W sprawie tych pierwszych mam taką uwagę, że potrzeby jest jeden dokument, który będzie wyraźnie mówił kto przyznaje poszczególne odznaki, w jakich okresach oraz jakie w tym celu trzeba wypełnić druki. Obecnie dokładnie nie wiadomo w jakim terminie, do kogo, po jaką odznakę się zgłaszać: do ministra, czy do Rady Ministrów.

Ponadto m.in. honorujemy racjonalizatorów uroczystymi spotkaniami raz w roku w Dniu Stoczniowca, a także fundujemy im wycieczki na wystawy i targi techniczne. Wprawdzie z tymi wyjazdami obecnie jest kiepsko i dyrekcja powinna nam pomóc finansowo na te cele. Niemniej w tym roku dzięki WKTiR – owi, który ofiarował nam dwa miejsca, dwóch naszych pracowników wzięło udział w Międzynarodowych Targach w Bratysławie. Zorganizowaliśmy poza tym wycieczkę na Targi Lipskie.

– A jak pan ocenia współpracę z WKTiR? 

– Najlepiej układała się w latach 1975–1978. Obecnie WKTiR ma kłopoty finansowe i z tego powodu nie organizuje różnych pożytecznych imprez, nawet współzawodnictwa wojewódzkiego. Bardzo nam tego brakuje, gdyż rywalizacja zagrzewała nas do działania 2 ”.

Sylwetka mistrza Nikodema Ermanowicza i jego czołowe projekty

Z. Waganiak: „Na pewno każdy inaczej wyobrażał sobie postać wynalazcy lub wielokrotnego racjonalizatora.
Ja, kiedy myślałem o takim człowieku, bezwiednie wracałem myślami do przeczytanych książek. W literaturze pięknej wynalazca, to koryfeusz nauki, a więc samotnik zagłębiony w swoje problemy, wytrwały, uparty, wciąż szukający nowych dróg.
Tak to wygląda w powieściach.
Ale i ci „zwykli” racjonalizatorzy, którzy co dzień szukają lepszych rozwiązań, zgłaszają wnioski z terenu swego warsztatu pracy, też na pewno posiadają niejedną z tych cech. 

Czy mistrz stolarski Nikodem Ermanowicz z gdyńskiej „Komuny”, czołowy wynalazca i racjonalizator tego przedsiębiorstwa, zmieści się w tym ogólnym schemacie?

Kierownik wydziału mówi, że to człowiek o złotych rękach i nie mniej cennej głowie, pełen inwencji, posiadający niebywały upór, nigdy nie kapitulujący przed trudnościami i o wszystkim mający swoje zdanie.
Nawet o narzędziach i urządzeniach, które przychodzą z importu, wyrażał się nieraz krytycznie i gotów był przy nich to i owo zmienić lub ulepszyć.

A w codziennej pracy? Jako kierownik narzędziowni dba o powierzone mienie, koleżeński, nie zalicza się do tych, co to chcą tylko wszystko dla siebie–jeśli ktoś przyjdzie do niego po radę, nigdy nie odmówi.

Ogółem złożył 35 wniosków racjonalizatorskich i wynalazków, które doczekały się zastosowania w produkcji. Oszczędności zaś, jakie z tego uzyskała stocznia, sięgają miliona.

Stolarzem został właściwie wbrew własnej woli. Kiedy wcześnie umarli rodzice, opiekun, który miał warsztat stolarski, ani chciał myśleć, żeby pod jego dachem wyrósł mechanik. To po prostu dyshonor dla jego domu, jakże to może być inaczej – on stolarz, więc i jego wychowanek ten sam zawód musi posiąść.
Nie pomogło tu nawet stypendium, jakie przed wojną ufundowało miasto Jarocin dla najzdolniejszego ucznia.
Ermanowicz musiał się nagiąć do woli swojego opiekuna. Musiał? Ba, nawet uciekł z domu, ale dosięgła go ręka pryncypała. 

Pytam Ermanowicza jak to było z tą zgrzewarką do winileum? 

– Potrzeba jest matką wynalazków–mówi.
– Mieliśmy poważne problemy z łączeniem miejsc styku winileum. Kładliśmy całe arkusze na podłodze, a w miejscach łączenia, aby zakryć szpary, dawaliśmy listwy aluminiowe. Nie było to dobre.
W czasie rejsu, kiedy przyszła większa fala, ludzie się potykali. Narzekali więc armatorzy, ale nie było na razie innego rozwiązania.
Żądali oni nawet, aby listwy wpuszczać w tworzywo. Jednak z chwilą zastosowania metalu i senteksu jako podłoża, sposób ten okazał się praktycznie niemożliwy. Nie zdała również egzaminu metoda łączenia styków za pomocą żyłki. Był więc z tym wielki kłopot i trzeba było znaleźć w końcu jakieś rozwiązanie. No i wtedy pomyślałem, że można by styki zgrzewać. Najpierw zacząłem od zwykłej kolby do lutowania. Trudno było z początku, ale od czego głowa. Dużo czasu upłynęło zanim zamysł doczekał się realizacji–półtora roku.
Dopiero w 1962 roku wykonałem pomyślną próbę łączenia styków zgrzewarką. 

Minęło kilka lat. Zgrzewarka znalazła szerokie zastosowanie nie tylko w przemyśle okrętowym – również w budownictwie, gdzie tworzywa sztuczne wypierają tradycyjne materiały. Oczywiście, trzeba było dokonać pewnych zmian, niektóre części zmodernizować, ale po licznych próbach i na tym polu zdała egzamin. Obecnie używają już jej z powodzeniem przedsiębiorstwa budowlane na terenie Wrocławia.
Zresztą Ermanowicz jest do tego wynalazku bardzo przywiązany. Mimo że minęło już tyle lat, ciągle szuka dla zgrzewarki coraz to lepszych elementów grzejnych. 

Ostatnio Ermanowicz, inż. B. Jackowski i inż. Władysław Wiśniewski  pracują nad prasą do zaciskania lin stalowych. Prasa, zwana popularnie zaciskarką, to będzie wynalazek dużego kalibru, który przyniesie naszej gospodarce poważne oszczędności, gdyż zakupienie jej kosztowałoby około 8 tys. funtów szterlingów. Pomimo dużego nacisku (1 000 ton) zaciskarka będzie stosunkowo niewielka.
Dzięki temu wynalazkowi (jeżeli otrzyma w przyszłości patent) można będzie łączyć liny stalowe do tej pory splatane ręcznie. 

Dla naszej gospodarki narodowej pożytek, dla racjonalizatora satysfakcja moralna, a także większa lub mniejsza suma pieniędzy.
Ale zanim do tego dojdzie, zanim myśl przybierze realne kształty urządzenia, maszyny, czy jakiegoś narzędzia, stoczniowy racjonalizator musi się dobrze nabiegać. Mimo że jest w tym celu specjalnie powołana komórka, która ma sprawować nadzór nad wdrożeniem pomysłu
do produkcji, mimo że są odpowiednie fundusze, to życie racjonalizatora i wynalazcy nie jest usłane różami.
Jeśli zachodzi taka potrzeba, to w owej komórce zrobią dokumentację; są tam również doradcy techniczni, którzy służą  fachową radą.
Więc od tej strony sprawa jest prawie dopięta. 

Jest jednak inny istotny problem–wykonanie prototypu. Praktycznie pewne zobowiązania ma tutaj wydział TG, ale wiadomo jak to jest, gdy tyle pilnych spraw do wykonania–więc zagadnienia czysto produkcyjne są tutaj zawsze  preferowane.
I na pewnym etapie, kiedy to racjonalizator jest już na tyle zaabsorbowany realizacją swojego wniosku, iż nie myśli zrezygnować, zostaje sam. Chodzi tu i ówdzie, powołuje się na znajomości, oferuje swoje usługi w zakresie posiadanych możliwości, aby tylko ktoś inny zrewanżował się kółkiem, trybem lub zaworem. Po prostu „główka musi dobrze pracować”. 

Jednak wraz z wykonaniem prototypu i wdrożeniem go do produkcji nie kończą się kłopoty racjonalizatora. Teraz musi on strzec swego pomysłu. Przed kim?
Przyjeżdżają tu przedstawiciele z innych zakładów, oglądają, szkicują i okazuje się później, że ktoś konstruuje podobne urządzenie. 

Podobny los spotkał właśnie uszczelniarkę. Pewien zakład zastosował ją u siebie i ani myśli o zapłaceniu należności wynalazcom.
To dosyć powszechny objaw, że zakłady uchylają się od zapłaty za rozpowszechnianie. 

Ale takie trudności i kłopoty nie zniechęcają Ermanowicza. Rozmyśla on teraz nad znalezieniem sposobu do cięcia drewna bezwiórowo. Proszę tylko pomyśleć, drewno tną, a wióry nie lecą. Problem to jednak złożony i niejeden już sobie na nim zęby połamał.
Czy uda się naszemu stoczniowemu wynalazcy? Serdecznie mu tego życzymy 3”.

Projekt giętarki do rur Henryka Dyrkacza – praktyczne studium przypadku

 Henryk Dyrkacz: „Jeden z moich wniosków, który zaoszczędził stoczni dużo pieniędzy i czasu. Na serii budowanych statków przewody hydrauliczne zaprojektowano o średnicy 100 mm i ściance 10 mm. Wszystkie windy na pokładzie były zasilane tej średnicy rurami.
W stoczni nie było giętarki do gięcia precyzyjnie tej średnicy rur, więc na W–1 robiliśmy szablony, które wraz z rurami wożono do Stoczni Gdańskiej ciężarówkami. Jednak nigdy nie były one wygięte dokładnie. Kto wykonywał tego rodzaju prace, to wie jak pracochłonne było grzanie palnikiem tej średnicy rur, aby je rozgiąć lub dogiąć do wymaganego kąta.

Małe giętarki, jakich używaliśmy na W–1, były maksymalnie do 50 czy 60 mm. Zrobiłem wiec projekt takiej giętarki wielokrotnie większej, co zostało przyjęte i dostałem kartę roboczą na wykonanie. Potężny siłownik, pompę i motor znalazłem w magazynie, wiec obeszło się bez większych kosztów, resztę wykonałem sam. Próba wyszła pomyślnie i załamanie rury po wygięciu do 90 stopni było 6 mm a dopuszczalne było 10 mm, czyli 10 % średnicy. Giętarka ważyła może blisko tony.

Można ją było dźwigiem wstawić na pokład w miejsce montażu rur, co ułatwiało pracę. Gdy wiele lat później pytałem o tą giętarkę kolegę z dawnej brygady, to ten powiedział mi: Henryk, to jest najlepsze, co mamy 4”.

1 Zenon Stefański, Wspomnienia, maszynopis 

2 Irena Rajska, Czy tylko pieniądze, „Nowator”, 1983, nr 9 

3 Z. Waganiak, Duszę oddał mechanice, „Głos Stoczniowca”, 1969, nr 25, s. 1, 3 

4 Henryk Dyrkacz, relacja pisemna, 16.07.2021 r. 

Dla e-muzeum
niniejszy tekst opracował


Krzysztof Stefański – syn Zenona Stefańskiego
– pracownika Stoczni w Gdyni w latach 1956-1985r. 

Najnowsze

Przeczytaj również

Ludzie Stoczni: Janusz Postek – szeroka droga projektanta statków

Od przypadku do rozmowy  Wszystko zaczęło się od zamówienia w...

Ludzie Stoczni: Marek Hedrych – Biografia i Przebieg Kariery

NR KONTROLNY STOCZNI: 90800 DATA I MIEJSCE URODZENIA: 25.06.1949 r....

Służba zdrowia w sercu gdyńskiej stoczni. Wspomnienia dr Janiny Maliny.

Początki pracy i trudne warunki w „barakach”. Krótka historia zatrudnienia...